Na biograficzno-geograficznym szlaku Józefa Mackiewicza Kiedyś, na wieczną pamiątkę dyrektora „Poleskich Żelieznych Dorog”




старонка5/14
Дата канвертавання28.04.2016
Памер0.67 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   14

Z pomocą wiernym Onżadowa

Sopoćko w każdą niedzielę dojeżdżał do Miednik, ale miał już na oku Onżadowo, gdzie takoż nie było kaplicy. Zanim zabrać się do jej zbudowania, należało w jakiś dyplomatyczny sposób uwolnić się od Miednik. Sopoćko wpadł na pomysł zaproszenia do Miednik ks. Jana Siemaszkiewicza, proboszcza z Żodziszek. Kościół w Żodziszkach z powodu działań wojennych uległ poważnemu zniszczeniu i ks. Siemaszkiewicz był zmuszony opuścić parafię. Obecnie tymczasowo przebywał w Wilnie. Sopoćko udał się do Wilna i zaprosił ks. Siemaszkiewicza do posług w Miednikach na okres Świąt Bożego Narodzenia. Za wiedzą kurii i po uzyskaniu zgody od władz niemieckich ks. Siemaszkiewicz pojechał do Miednik, gdzie został przychylnie przyjęty przez tamtejszych wiernych. Wkrótce osiadł tu na stałe i zajął się organizowaniem parafii – ku niezadowoleniu ks. proboszcza Lackiego.

Teraz Sopoćko z niewygasającą energią zabrał się do Onżadowa.

Onżadowo leżało na przeciwległym krańcu parafii, odległym od Taboryszek o około 17 km. Mieszkańcy tej miejscowości oraz pobliskich okolic już wcześniej zabiegali u władz o budowę tu kościoła, ale przeszkodził temu wybuch wojny. Podobną próbę podjęli jeszcze raz – w 1916 roku, ale tym razem budowie przybytku Bożego sprzeciwił się ks. proboszcz Lacki. Wobec tego udali się do Wilna, do administratora apostolskiego ks. Michalkiewicza, ale i u niego nie znaleźli zrozumienia. Ks. Sopoćko duszą i sercem był po stronie mieszkańców Onżadowa, ale na razie nie chciał się wtrącać, by nie zaszkodzić sprawie budowy kaplicy w Miednikach. Doczekał początku roku 1917 i osobiście złożył podanie na ręce ks. Michalkiewicza. Odnotuje to w swoim „Dzienniku”: „Dopiero w r. 1917 na Trzy Króle złożyłem podanie, na które po 3 miesiącach nadeszła odpowiedź przychylna i 3 maja rozpocząłem dojeżdżać [do Onżadowa]”.

Do celów kultu przeznaczono z początku nieużyteczny spichrz gminny. Nie nadawał się on naturalnie do stałego używania go jako kaplicy. Należało go gruntownie przebudować. Prace trwały do jesieni. 28 października 1917 ks. Sopoćko dokonał poświęcenia kaplicy. Rozpoczęto starania o utworzenie odrębnej parafii, co też w niedługim czasie zostało zrealizowane.

Dziesiątki szkół polskich zorganizowanych własnym kosztem

Ciągły głód pracy, czynu pchnął Sopoćkę na jeszcze inny odcinek działań. W międzyczasie zajął się oświatą. Pisze o tym jego biograf ks. dr Henryk Ciereszko: „Na terenie rozległej i liczącej 6 tysięcy wiernych parafii taboryskiej pod koniec panowania władzy carskiej znajdowały się tylko dwie szkoły. Po wejściu Niemców zaistniały warunki do utworzenia polskich szkół. Ks. Sopoćko dostrzegał wielką potrzebę zaniedbywanego od lat nauczania, zwłaszcza języka polskiego, w czym utwierdzały go osobiste doświadczenia z lat młodzieńczych. Podjął się więc zorganizowania szkół na terenie swej parafii. Przedsięwzięcie to nie było łatwe. Trzeba było bowiem zatroszczyć się i o pomieszczenia do nauki, i o kadrę nauczycielską. Po odejściu Rosjan w 1915 roku, do dyspozycji pozostały jedynie dwa budynki szkolne: w Gierdziejewcach po szkole ludowej i w Dajnówce po szkole cerkiewnej. Nauczycieli natomiast w ogóle nie było”.

Na początek Sopoćko postanowił zorganizować szkołę w samych Taboryszkach oraz znaleźć nauczycieli do szkół w Gierdziejewcach i Dajnówce. W Taboryszkach za zebrane składki wynajął lokal w prywatnym mieszkaniu i sam zajął się nauczaniem. Do Gierdziejewic i Dajnówki udało mu się ściągnąć dwie nauczycielki z Wilna. W Taboryszkach zebrało się około 100 uczniów. Nie sposób było ich pomieścić w jednej klasie, przeto Sopoćko zorganizował drugi lokal w sąsiedniej wsi, dzieląc uczniów na dwie grupy. Niedługo się przekonał, że jego misja nauczycielska zaczyna poważnie kolidować z duszpasterstwem. Po porozumieniu się z ks. proboszczem, Sopoćko zaprosił do Taboryszek przebywającego w Turgielach alumna seminarium duchownego, któremu powierzył czasowe nauczanie w szkole.

Liczba chętnych do nauki stale się powiększała. Należało więc organizować nowe szkoły w innych miejscowościach. Sprawa lokali nie stanowiła większego problemu. Gorzej było z kadrą nauczycielską. Sopoćko w tym celu udał się do Wilna. Liczył przede wszystkim na pomoc nowo tam powstałego Towarzystwa Katolickiego Polskiej Szkoły Ludowej, które przygotowywało kadry nauczycielskie oraz podręczniki do nauczania. Nawiązał również kontakt z Towarzystwem Szkoły Ludowej. W obu placówkach uzyskał obietnice pomocy. Pod koniec 1915 roku Sopoćko zorganizował 10 szkół, zaś w początkach 1916 – drugie tyle. Łącznie uczyło się w nich około 800 dzieci. W roku szkolnym 1916-1917 zorganizował dodatkowo jeszcze 16 szkół. Według jego „Dziennika”, szkoły te znajdowały się w następujących miejscowościach: Taboryszki, Gierdziejewce, Dajnówka, Ilino, Duksy, Kurmielany, Żołtuny, Marcinowo, Mikuliszki, Muszyny, Sajluki, Strzały, Małyniszki, Grabowo, Kiwańce, Kurhany, Haniewo, Gawerbudziszki, Skorowidziszki, Miedniki, Gierwiszki, Dzidrowszczyzna.

Według dokumentu Zarządu Wileńskiego Polskiej Macierzy Szkolnej, wystawionego w Wilnie dnia 22 grudnia 1933 przez sekretarza Uniwersytetu Stefana Batorego, ks. Michał Sopoćko w czasie okupacji niemieckiej pracował w szkolnictwie w powiecie wileńskim jako organizator polskich szkół powszechnych, wykładowca metodyki na kursach nauczycielskich oraz nauczyciel religii. W roku szkolnym 1915/16 zorganizował 10 szkół powszechnych, utrzymując je własnym kosztem i ucząc w nich religii, zaś w roku szkolnym 1916/17 zorganizował jeszcze 11 szkół, które również sam utrzymywał i uczył w nich religii. Ponadto był współorganizatorem Seminarium Nauczycielskiego w lecie 1916 roku w Białym Dworze, w którym wykładał metodykę nauczania. Gdy natomiast w roku szkolnym 1917/18 niemieckie władze okupacyjne wprowadziły do szkół język białoruski, ks. Sopoćko niektóre szkoły zamknął, a w innych miejscowościach założył 10 nowych szkół polskich, które utrzymywał i nauczał w nich religii.

W każdej z takich szkół pracował jeden nauczyciel bądź nauczycielka. Wszyscy oni mieli jedynie ukończonych kilka klas gimnazjum. Zgadzali się na skromne warunki zamieszkania i utrzymania, ale brak ich fachowego przygotowania był ewidentny. Byli to młodzi ludzie, w przeważającej części gimnazjaliści, mający tymczasową przerwę w nauce, bowiem szkoły średnie naonczas nie funkcjonowały. Sopoćko, z pomocą niemieckiego inspektora do spraw nauczania, zorganizował w Białym Dworze kurs metodyczny dla nauczycieli. Zgromadziło się na nim 45 nauczycieli z powiatu wileńskiego. Zajęcia prowadził sam Sopoćko oraz dwaj żołnierze pochodzący ze Śląska, mający przygotowanie pedagogiczne. Sopoćko nauczał religii oraz metodyki tego przedmiotu.

…I w tym właśnie punkcie władze niemieckie, na zasadzie „coś za coś”, wysunęły swoje postulaty. Owszem, zgodziły się na zorganizowanie i trwanie kursu, ale po jego zakończeniu zażądały jednakże od nauczycieli całkowitego podporządkowania się ich zarządzeniom. Większość nauczycieli nie wyraziła na to zgody, przeto nie uzyskali oni zatrudnienia w powiecie wileńskim. Ci natomiast, którzy się zgodzili i dostali posady, zostali zmuszeni do nauczania w językach białoruskim i litewskim (których oczywiście nie znali). W tej sytuacji Sopoćko zrobił zręczny unik. Korzystając z tego, że część parafii taboryskiej znajdowała się poza obrębem powiatu wileńskiego, gdzie władze nie ingerowały w sprawy szkolnictwa, zorganizował tam nowe polskie szkoły, w których zatrudnił pozbawionych stanowisk nauczycieli.

Dobrzy” Niemcy i „sprawa polska” postawiona na ostrzu noża

Niemieckie władze okupacyjne początkowo tolerowały zakładanie szkół polskich przez księdza Sopoćkę, a nawet sprzyjały tej akcji, przydzielając np. drzewo na opał czy udzielając opieki sanitarnej. Jednakże po paru latach, a zwłaszcza od końca 1917 roku, w związku z gwałtownie następującymi zmianami geopolitycznymi (rewolucja w Rosji, dążenie Polski do odzyskania niepodległości), Niemcy kardynalnie zmienili swe stanowisko. Zaczęli wyraźnie popierać ruchy nacjonalistyczne Białorusinów i Litwinów. Przed Sopoćką władze zaczęły stosować akcje zaczepne, prowadzące już do otwartego konfliktu. Przypomniano mu jego sprzeciw „w sprawie żandarmów” pod taboryskim kościołem (który wszak był wypadł na jego korzyść), natomiast obecnie – postawiono zarzut w związku z jego uchyleniem się od nauczania języków białoruskiego i litewskiego w szkołach polskich (które sam Sopoćko założył). „Czynniki białoruskie i litewskie, chcąc pozbyć się niewygodnej im postaci, zaczęły oskarżać ks. Sopoćkę o polonizację miejscowej ludności. Gdy ten przedłożył kontrargumenty, wykazujące, iż sama ludność chce nauczania po polsku, a ponadto brakuje innych podręczników, zwłaszcza katechizmu, niż w języku polskim, zażądano rozliczeń z funduszy szkolnych, sugerując rzekome nadużycia finansowe. Cała ta akcja, wymierzona przeciwko osobie ks. Sopoćki, zrodziła w nim coraz poważniejsze zamiary opuszczenia Taboryszek, tym bardziej, że zaczął być śledzony przez żandarmów, co więcej – powstało zagrożenie internowania go. I faktycznie było to bardzo realne, gdyż Niemcy wywieźli w tym czasie z Wilna samego administratora apostolskiego, ks. K. Michalkiewicza oraz kilku innych księży”. (ks. Henryk Ciereszko)

Niechęć wśród ludzi

Wydaje się, iż nie tylko fakt zagrożenia z zewnątrz przyśpieszył decyzję ks. Sopoćki o wyjeździe z Taboryszek, ale też – co musiało go dotknąć szczególnie boleśnie – niechęć wśród ludzi. Czego świadectwem są jego wspomnienia z tamtych lat, w szczególności z okresu zakładania szkół: „Ile poniosłem trudów, przykrości, kosztu, prześladowań – Bogu tylko niech będzie wiadome. Nie śmiem się do św. Pawła przyrównywać, ale i przeciwko mnie również zdaje się wszystko się sprzysięgło, by sprawie zbożnej przeszkadzać. Niechęć wśród ludzi, niedobór sił nauczycielskich, trudność z przejazdem, brak koni, przeszkody ze strony władz niemieckich, wreszcie ustawiczne niepogody, bezdroża, złożyły się na wieniec cierniowy, który wciąż ranił mi serce.. Ale Bogu dzięki zwyciężyłem to wszystko […]”.

Nie miał żalu do otoczenia, jedynie do siebie – że nie potrafi sprostać zadaniu, że za słaby jest, bezwolny. Wstrząsająca jest treść jego tekstu w „Dzienniku” z dnia 10 czerwca 1915. Młody kapłan odwołuje się do Boga Ojca i Jezusa Chrystusa, szuka w Nich siły. Chwilami się wydaje, że ma Sopoćko ponowne widzenie Jezusa – jak i wtedy, jak wcześniej – w kowieńskiej katedrze: „O Boże mój, jakże ciężko! Ani uczyć się, ani myśleć nie mogę. Plany moje rozbijają się o słabą wolę, brak wytrwałości. Tyle zamiarów, tyle myśli i porywów dobrych ginie wobec słabości charakteru. Wprawdzie czuję słabość i kłucie we wszystkich członkach; czuję, że ciało mdłe, ale i duch nie mocny. „Domine, ad adivandum me festina”. Czuję żal do swoich przełożonych, że mię tu trzymają, a czyż mógłbym gdzie indziej być lepszym. Fiat voluntas Tua. Jakże się wstydzić trzeba tych myśli. Dzięki Ci, Panie, za światło. „Nie jest uczeń nad mistrza”. „Synu, spójrz na mnie klęczącego w Ogrójcu, to, co teraz cierpisz, ja stokroć więcej przecierpiałem. Choroby się nie obawiaj, gdyż nie samym chlebem żyje człowiek. Wymagam zupełnej ofiary, byś nic sobie nie zostawił, nawet wyrzekaj się woli swojej, nie szczędź siebie w niczym, oddaj się Mnie całkowicie”. O Panie, czuję jeszcze, że mnie nie opuściłeś, dzięki Ci za to. Zdaje mi się nic już sobie nie zostawiłem. „A twoje Ja?! Skąd pochodzą smutki, skąd to przygnębienie i niesmak. Toć to żałujesz, że nie jesteś wymarzonym w dzieciństwie lalką-kapłanem. Toć to się niepokoisz najmniejszym niepowodzeniem w świecie, toć to myślisz nieraz jakie wrażenie sprawisz swym wystąpieniem, co o tobie mówią, co myślą; mieszasz pszenicę z kąkolem i narzekasz na gorzkość chleba. Nieraz nawet siebie we Mnie szukasz”. – Intende, Christi, in adiutorium meum”.

Tak pisał (rozmawiał z Bogiem Ojcem i Jego Synem oraz z samym sobą) w roku 1915.



Niespodzianka zgotowana przez gderliwego proboszcza

Od tamtego czasu upłynie trochę lat (a przecież w jego przypadku wiele…), jak dotrą do niego wieści, iż w Warszawie tworzy się Uniwersytet, wraz z Wydziałem Teologicznym. Ta wiadomość wznieciła w nim iskrę nadziei. Nocą z 29 na 30 września 1918 po kryjomu opuścił Taboryszki, aby ujść śledzącym go w ciągu dnia patrolom niemieckim. Przed wyjazdem pożegnał się jedynie z ks. proboszczem parafii taboryskiej Andrzejem Lackim.

…Było to pożegnanie szczególne. Ksiądz Lacki podarował mu „na tę drogę” swoje jedyne futro.

Ksiądz Andrzej Lacki – tradycjonalista, stary i gderliwy, ciągle niezadowolony z działań i „rewolucyjnych” akcji podejmowanych przez swego wikariusza – był (jak się okaże później) szczerze do niego przywiązany. Ks. dr Henryk Ciereszko, autor książki pt. „Życie i działalność księdza Michała Sopoćki (1888-1975)” – przedstawia w tym temacie interesujący dokument. Jest to opis duchowej postawy ks. Michała Sopoćki sporządzony własnoręcznie przez ks. proboszcza Andrzeja Lackiego. W jakim celu i dla kogo ks. Lacki to pisał – trudno dzisiaj ustalić. Dokument ten spisany w Taboryszkach, opatrzony datą 19 września 1914 r. i potwierdzony podpisem ks. Andrzeja Lackiego, zatytułowany został: „Cechy charakterystyczno-mistyczne posiadający wielebny Ks. Michał Sopoćko”.

Komentarz ks. dr. Henryka Ciereszki:

„Ksiądz proboszcz bardzo pozytywnie wyrażał się o swym wikariuszu. Z jego relacji można wnioskować, iż ks. Sopoćko był osobą posiadającą pozytywne cechy charakteru. Rozważnie pracował nad kształtowaniem niższych uczuć, związanych z właściwym sobie temperamentem. Był raczej żywego usposobienia, ale kontrolował swe popędy. Nie poddawał się zapamiętaniu w gniewie wobec osób mu nieprzychylnych, lecz odnosił się do nich z cierpliwością i rozwagą. Brak w nim było zuchwałości i pretensjonalności, spotykanych często u młodych ludzi. Odznaczał się pilnością i czuwał nad wypełnieniem swych obowiązków. Posiadał aspiracje do pogłębiania wiedzy naukowej, stosownej do zajmowanego stanowiska. Wobec innych kierował się współczuciem, a obca mu była obojętność. Gdy zaś idzie o sferę duchową, zauważało się u niego zamiłowanie do samotności, którą wyraźnie przedkładał nad zgiełk światowego życia. Od strony religijno-moralnej nie można było mu przypisać żadnego zarzutu. Ksiądz proboszcz [Andrzej Lacki] dostrzegał bowiem szczególne wyczulenie swego wikariusza pod tym względem.

W przekonaniu ks. Lackiego zalety charakteru i ducha oraz postawa moralna ks. Sopoćki, rokowały mu – jak się wyraził – „pocieszającą przyszłość”.

W AD 2009 parafia taboryska będzie obchodziła swój wielki jubileusz 200-lecia. Żywić należy nadzieję, że sługa Boży, ks. Michał Sopoćko (którego proces beatyfikacyjny dobiega już końca) zostanie z tej okazji wyjątkowo godnie w Taboryszkach uczczony.

* * *

…A w Czarnym Borze? Kto wie, kto wiedzieć może, gdzie stał domek „Opatrzność”, w którym mieszkał „drwal”, „stolarz”, „stary Wacław Rodziewicz”?



Wiedzieć mogły siostry urszulanki ze Zgromadzenia SJK, które w latach 1942-1944 dokończyły tu żywota. Te m. in., które żyły najdłużej: Klara – Emilia Łukasiewicz (zmarła w wieku 72 lat), Hieronima – Stefania Jusis (zm. w wieku 50 lat), Cecylia – Barbara Smolarek (zm. w wieku 44 lat). Niestety tajemnicę tę zaniosły z sobą do grobu. Chyba że… któraś z nich mogła prowadzić dzienniczek, spisywać wspomnienia… Ale czy miały na to czas? Ich życie skutecznie skracała ciężka tu praca, nadwątlone zdrowie.

Z inskrypcji na nagrobku sióstr urszulanek SJK pochowanych na miejscowym cmentarzyku: Józefa Ludewicz żyła 25 lat. Bronisława Adamuk żyła 30 lat. Salomea Alkśnin żyła 30 lat. Małgorzata Skibniewska żyła 32 lata…



5.

Stało się tak, że w czerwcu 1941 armia niemiecka rozbija w puch armie czerwone i Wilno, o które Hindenburg walczył półtora roku w 1915, zajmuje w półtora dnia.

Żydzi zachowują się jak dzieci.

Antysemici twierdzili przed wojną, że Wilno jest „zażydzone”. Istotnie miało 30 procent ludności żydowskiej. Stanowiło to przeszło 60 tysięcy Żydów. I cóż oni robią, ci Żydzi, w obliczu wkraczających pancernych wojsk niemieckich? Czekają. Po prostu czekają, co będzie dalej. Zebrali się na chodnikach, pozamykali witryny sklepów, stoją zbitą ciżbą, kapelusz przy kapeluszu, jakby dzień był sobotni, a chodnik jakowąś synagogą. Co oni, nie czytali gazet, nie wiedzą, co im grozi? – Ja nie jestem Żydem, więc mnie nic do tego. Jako furman zajeżdżam do znajomego sklepiku Ałtera Jakuba przy ulicy Raduńskiej i mówię: „Panie Ałter, sprzedaj mnie pan trochę owsa dla konia”. – „Nie mam” – odpowiada. A wiem, że ma, tylko zamknął skład, bo nie wie, jakie ceny teraz będą. – „Sprzedaj pan” – powtarzam – „przecież Niemcy i tak wszystko wam odbiorą”. – „Niech odbierają!” – odpowiada hardo. Wtedy zrozumiałem:

Oni nie wierzą.

Minęły trzy dni, w ciągu których wzięto stu Żydów na zakładników i rozstrzelano. Były to jeszcze dni spokojne. Komendantem miasta został Niemiec o zabawnym nazwisku Zehnpfennig. Za jego to podpisem ukazało się obwieszczenie, iż Żydzi zdać mają wszelki majątek ruchomy (nieruchomy już odebrali byli bolszewicy) w ręce władz wojskowych. Żydzi oddali złoto, brylanty, kosztowności. Oczywiście nie wszystkie, kto by tam oddawał ostatnie. Ale na oko zebrało się tego sporo. (…)

Nazajutrz nowy nakaz: Żydzi, oddać wszystkie radioodbiorniki! – Szli posłusznie do komisariatów policji i ustawiali je tam na podłodze, aż robił się stos.

(…)

Nazajutrz ukazało się kolejne rozporządzenie Zehnpfenniga:

Żydzi mogą ukazywać się na mieście nie inaczej, tylko z przepisowo umieszczoną na piersiach i plecach gwiazdą, koloru żółtego. Chodzić tylko po jezdni wzdłuż chodnika, gęsiego. Nie wolno im pozdrawiać nikogo na chodniku i nie wolno nikomu pozdrawiać Żydów, podawać im ręki, rozmawiać z nimi”.



Jeszcze ludzie gromadzący się przed obwieszczeniami kręcili głowami: jakże to tak będzie wyglądać! Kilkudziesięciotysięczne rzesze mieszkańców miasta mają się w ten dziki, niesłychany sposób zachowywać? Po prostu trudno sobie wyobrazić. Dlatego niektórzy się śmieli:

Przedstaw sobie naszego eleganckiego Frydmana jak idzie z żoną…



Mojżesz mu było na imię, a może Ezechiel Frydman, trzy kamienice w mieście, czwarty z rzędu najbogatszy sklep futer (po znajomości kupowało się na dogodne raty). Idzie istotnie z żoną. Kapelusz „Habig” niedbale trzymany w ręku, palto przerzucone przez ramię, w nieskazitelnie skrojonym (u „Kunina”) jasnopopielatym letnim garniturze. Poniżej klapy, na piersiach, wielka żółta gwiazda. Nogi go widocznie rozbolały z nieprzyzwyczajenia do maszerowania po niewygodnych kamieniach jezdni, więc stąpa sztywno jak na szczudłach, z wybrednym uśmiechem na twarzy. Za nim kroczy żona. Pierwsza elegantka wśród Żydówek miasta, włosy tlenione, suknia w kwiaty, wpatrzona w gwiazdę na plecach męża, i tak po kocich łbach, tuż koło chodnika, wzdłuż rynsztoku, który wycieka z byłej fabryki Zygmunta (Zuseła) Kaca.

To nie było wcale śmieszne. Chodnik w tym miejscu miał wysokie podmurowanie. Z jego wysokości czułem się bardziej zawstydzony, niż gdybym siedział w rynsztoku. Podając rękę trzeba się było schylić w pas. Właściwie sytuacja naprawdę głupia: „Zejść na jezdnię, czy jak, u diabła?!” – myślę (…)

Poszedłem wprost do ich mieszkania i mówię:

Panie Frydman, słyszałem, że można brać Żydów na roboty. Może ja pana u siebie w domu (mieszkałem pod miastem) zarejestruję, jako ogrodnika na przykład. Mam tam taką izbę wolną.



Ale Frydman, wytrawny kupiec, zachowuje się jak dziecko.

Ja panu bardzo dziękuję… Tylko widzi pan: żona, dwoje dzieci, matka stara, służąca…

Służąca?..

To jest właściwie taka niańka. I czy my tam się pomieścimy?.. Tam nie ma wygód? Może ja pojadę do pana zobaczyć?



Rozmowa odbywała się o godzinie wpół do siódmej wieczorem. A nazajutrz rozpoczął się marsz do piekła. Zehnpfennig zarządził przeniesienie wszystkich Żydów do getta, udzielając im na to dwóch godzin czasu. (Józef Mackiewicz „Getto wileńskie”).

Żenia Petrov i inni…

… Nie zdążył znany kupiec wileński Frydman pojechać do domu Józefa Mackiewicza do Czarnego Boru, by się rozejrzeć, jak tam jest…

Innym Żydom zdążyć jakoś się udawało – ukrywały ich w Czarnym Borze siostry urszulanki.

O czym przy spotkaniu (o ile takowe się odbyło) mogli rozmawiać z sobą Józef Mackiewicz i „Wacław Rodziewicz”?

A było o czym… Wojna niosła z sobą zawrotnie straszliwą liczbę ofiar.

… Przed wojną dom w Czarnym Borze emanował inną atmosferą. Córka Józefa Mackiewicza, Halina, przyjeżdżała tu czasem ze swoimi koleżankami i kolegami. To były dzieci… coś w rodzaju „spadku” po związku małżeńskim jej rodziców, który potem się rozpadł. Bo ojciec z matką dobierali jej do towarzystwa dzieci nie tylko z rodzin polskich, ale i różnych narodowości zamieszkałych pod wileńskim niebem. W ten sposób uczyli ją szacunku i przyjaźni z każdą nacją. Matka Haliny, Antonina z Kopańskich, pochodziła z Warszawy. Swego przyszłego męża, Józefa Mackiewicza poznała na Uniwersytecie. Była od niego o dwa lata starsza.

Halina urodziła się w Wilnie, w klinice przy Alei Róż. I tam właśnie w tym samym czasie urodziła się Żenia Petrov – córka tzw. „białej” Rosjanki, z którą matka Haliny wtedy w szpitalu się zaprzyjaźniła.

Żenia Petrov była jej, Halusi, bardzo serdeczną przyjaciółką. Przyjeżdżały potem razem do Czarnego Boru, gdy Józef Mackiewicz był już związany z Barbarą Toporską. Przyjeżdżał tu także kolega Halusi Dima Kozłowskij – takoż „biały” Rosjanin, oraz Marianka Zajączkowska – Karaimka. Z Polaków oczywiście też: na przykład Ziutka Golmontówna, koleżanka ze szkoły benedyktynek, późniejsza Józefa Hennelowa…

No, a potem wybuchła wojna… Okupacje… Sowiecka, niemiecka i znowu sowiecka…

12 czy 15 kilometrów? (albo: życie „od wewnątrz”)

Józef Mackiewicz to życie „od wewnątrz” w Czarnym Borze opisał w nader oszczędnych słowach. Bardziej obrazowy opis dała Barbara Toporska:

„Jedno muszę w tych wspomnieniach (Józefa Mackiewicza) sprostować. Mieszkaliśmy nie dwanaście kilometrów od Wilna, jak uporczywie powtarza autor (Józef Mackiewicz), ale piętnaście! Nie takie ważne? Owszem, ważne. Dwanaście to było drukowane na przedwojennych biletach kolejowych, czyli od dworca wileńskiego do stacji Czarny Bór. Nie w tym rzecz, że mieszkaliśmy już w lesie, na skraju osiedla. W tym, że począwszy od drugiej okupacji sowieckiej w czerwcu 1940 roku musieliśmy do miasta chodzić piechotą. Za czasów sowieckich można było jeszcze ryzykować przejazd bez biletu, wyskakując na semaforach przed dworcem w Wilnie. Bilet bowiem na jednorazowy przejazd do Wilna można było kupić na naszej stacyjce tylko za okazaniem zezwolenia z gminy, odległej o osiem km. Czyli trzeba by było zrobić szesnaście dla przejechania owych dwunastu! Podczas okupacji niemieckiej zatrzymywały się w Czarnym Borze („Juodšiliai” od jesieni 1939 r.) tylko dwa razy dziennie „Dienstzugi”. Jeden wczesnym ranem w kierunku Bieniakoń, i ten sam powrotny już pod wieczór. Korzystałam z nich czasem, jeżdżąc „na handel” do puszczy. Ale do Wilna trzeba było chodzić piechotą. Tam i nazad, to trzydzieści kilometrów, a nie dwadzieścia cztery. Tu każdy kilometr ważny. A do tego poza granicami miasta nie wolno było się poruszać po zachodzie słońca. Czyli zimą na ten „spacer” po śniegu (narty zabronione) miało się czas od mniej więcej ósmej rano do trzeciej po południu. Dom wprawdzie można było zostawić zamknięty na kłódkę, w owym czasie obecność czy nieobecność gospodarzy nie chroniła od nieproszonych gości, i wracać nazajutrz, gdyby nie zwierzęta, które należało karmić. I w tym miejscu do sprostowania dołącza się moja pretensja: że w tych tekstach (Józefa Mackiewicza) tak mało, „półgębkiem”, o mnie – to ostatecznie można podciągnąć pod fakt psychologiczny; ale że brak w nich „dobrego słowa” o naszych stworach, wiernych, pociesznych, a i użytecznych, jak te hodowane przeze mnie na „normach duńskich” świnki na rozpłodowe maciorki, z czego dochód, bo chyba i przy największym głodzie nie przełknęlibyśmy kawałka mięsa z Veli i Laveli, dwóch podwórzowych indywidualistek, a jednakowo darzących nas przywiązaniem i zaufaniem („chodzą za panią jak pieski”, dziwowały się sąsiadki, spotykając mnie z nimi na spacerze) – o to mam żal. Wytłumaczenie przecież łatwo się znajdzie. (…) Inspiracji do wspomnień dostarczała towarzysząca pisaniu teraźniejszość. (…) Miszka, Karas, Kajtek, Jacek i inne czworonogi, a także dwunogi mały Ryś, który długimi okresami z nimi kolegował w naszym gospodarstwie, wszystko to, do czego się człowiek kiedyś budził i z czym zasypiał, całe to „z dnia na dzień” straciło nagle swoją ówczesną wartość”.

Miszka – to pies, owczarek podhalański, sprowadzony z Krakowa. Dokładniej to był Miś, ale okoliczni mieszkańcy „przechrzcili” go na Miszkę, tak i pozostało. Karas – to pies wilczur. I była jeszcze wilczyca Ezra. Każdy z psów miał swoją osobną budę… I był także wieprz – Maurycy. I kot Czort. To był kot Barbary ciotki. I był jeszcze czarny oswojony kruk Krakaś. A ten dwunogi mały „Ryś” to Ryszard Rzepecki, synek Basi, córki Cata-Mackiewicza, starszego brata Józefa. Basia naonczas została aresztowana i mały Ryś przebywał w Czarnym Borze pod opieką Barbary Toporskiej i Józefa Mackiewicza. Toporska bardzo go kochała. Lnianowłose, niebieskookie, piękne dziecko… Po latach, będąc już na obczyźnie, przywoła go w swym wierszu pt. „Lewe skrzydło”:



Wojenne dzieci nie grymasiły nad

łyżką.

Ryś – wychowanek brudził śliniak nie

z kaprysów.

Jedz porządniej” strofowałam, by jadł

  wolniej.

Miał duże uszy, i sprawdziłam, że się

nie trzęsą.

Jadł szybko, bo był głodny. A gdy się

parzył, dmuchał: puu!

 

Budziłam go filiżanką gorącego mleka.



Prychał pianą niebiesko zapatrzony

we mnie

i między gulgnięciami gospodarsko pytał:

Chruchru niamniam? Niamniam kulikuli?”



(To królik.) A że parzyłam się często przy

rozpalaniu ognia

jeszcze pytał, czy „Kulka” (to ja) „pu?”

(…)

 

Między brzozą a sosną, zimowo spóźnione



świeciło słońce, jak co dzień, olbrzymie, bo

nisko,

Ryś po raz pierwszy je spostrzegł, a ja

rozczulona

po raz pierwszy wyrzekłam słowo

skradzione: Synku…

Ryszard Rzepecki to dziś znany w Polsce artysta fotografik. W powieści Barbary Toporskiej (częściowo autobiograficznej) pt. „Siostry” Ryś figuruje jako Krzyś.

Kot Czort był czarny jak smoła, stary i leniwy. Kruk był młody, ale kaleki, wypadł był z gniazda, łamiąc sobie nogę. Józef Mackiewicz odkupił go za 50 groszy od syna stróża w Wilnie.

Kruk Krakaś i kot Czort żyły z sobą w idealnej zgodzie. W zbiorach rodzinnych Haliny Mackiewicz zachowało się nawet zdjęcie: na ławce przed domem w Czarnym Borze siedzą Czort i Krakaś, a przy nich – Haliny koleżanka, Żenia Petrov.

Dom w Czarnym Borze i kota Czorta opisała Barbara Toporska („Siostry”):

„Dom stał na leśnej polanie, poszerzanej przez wiele chyba lat na małe osiedle: trzy chałupy wiejskie z małymi zagrodami, i ten dom. Przed werandą klomby, później płot, pod nim bardzo wysokie słoneczniki, a za płotem sosny. Za domem sadzik na piasku, ogród warzywny na niezliczonych ilościach zwożonego nawozu, i zaraz za ostatnimi grzędami czarne chmury, śpieszyły gdzieś ukosem nad las białe obłoki. Dom stał. Kot zaś leciał samolotem z Warszawy właśnie do tego domu.

Był to bardzo stary, czarny kot. Przezwano go z rosyjska wulgarnie „Czort”, z inicjatywy pierwszej kucharki, za czasów służby której on się urodził”.

O kruku i jego układach z kotem:

„Czarny kruk z apetytem pożerał surowe mięso, siedział spokojnie w sztucznym gnieździe w skrzyni, i z dnia na dzień rósł – podrastał, aż któregoś dnia po raz pierwszy wyleciał spróbować skrzydeł. Udało się. Tylko noga pozostała sztywna, kaleka.

Od tej chwili zaczął królować w obejściu. Przede wszystkim w domu i na werandzie, bo bardziej od otaczającej przyrody pociągały go sprawy ludzkie, ich ruch, rwetes, rozmowy, plusk wody w umywalce. Najchętniej siadywał przy Anisi, lub na ramieniu Anisi. Gdy nie miał z kim siedzieć, siedział koło Czorta. Oczywiście, odległość wymierzona była na ptasie oko, mniej więcej na metr. Kruk miał dziób potężny, mógł nim wybić oko nawet drugiemu krukowi. Z drugiej strony Czort, gdyby chciał koniecznie, mógłby zadusić kruka, na pewno. Ale żaden z nich nie chciał. Miały w sobie coś, co ich zbliżało. Wspólne cechy charakteru: indywidualizm silniejszy od nawyków dziedziczonych, oraz idealny egoizm. Robiły tylko to, co chciały, a chciały tylko tego, co mogło stanowić o niejakiej korzyści osobistej. Wzajemna walka nie wróżyła żadnej korzyści”.

O czarnym kruku w Czarnym Borze, niejako członku rodziny, pisał Józef Mackiewicz („Krakaś”):

Urodzony z jajka, spadł z gniazda, łamiąc sobie lewą nogę. Złapał go syn stróża w Wilnie. Zapłaciłem mu 50 groszy i zabrałem do swego domu. Karmiłem chlebem powszednim w wodzie, surowym mięsem, poiłem łyżeczką od herbaty. Tak się zawsze zaczyna. Nazwałem Krakaś i pielęgnowali go wszyscy z wielką pieczołowitością(…)



Wyrósł. Noga złamana została już na zawsze podkurczona. Używał jej dla podpierania tylko przy chodzeniu albo skakał na jednej. Bo kruk umie chodzić, skakać i latać, podczas gdy człowiek tylko chodzić. (…)

Mieszkał w wielkiej skrzyni powieszonej na ścianie domu, wysłanej mchem. Na zupełnej wolności, w ogrodzie, wśród otaczającego dom lasu. Wstawał jak ptaki, krakał, dostawał jeść, kąpał się, skakał, cały dzień Boży wypełniając czynnością swego dzioba, którym czynił wszystko. (…)

Gdy wracałem do domu, wołając „Krakaś!”, leciał na spotkanie i siadał na ramię. Cieszył się. Cieszył się jak pies, ale cieszył się celowo. Wiedział, że będzie razem, że coś mu ten powrót daje pozytywnego, bo lubi towarzystwo. Dlaczego cieszy się pies na łańcuchu? Człowiek przejdzie i minie go, a on śpi dalej, w budzie… – Wołam: „Krakaś”, a kruk odzywa się gdzieś z grzędy, z drzewa czy dachu. Bo chce jeść.

Wołam: „Krakaś!” – Milczenie. Nie odpowiada wcale. Nie wiem nawet, czy jest w domu. A chciałem się właśnie pochwalić przed gośćmi... Głupio pochwalić. Krakaś siedzi na dachu i myśli. Sam jeden. Nie chce mu się jeść, ani przestawać w towarzystwie. Trochę tylko przechyla główkę i czarnymi oczyma spogląda w dół. Dziwnie spokojnie i przekonywająco. Po co ma odpowiadać? Po co ma się wydzierać? Niby w jakim celu? To pies tylko biegnie na każde zawołanie bez własnego zastanowienia. (…)

Powiada służąca, co w lipcowy ranek jeszcze po rosie niesie wodę ze studni, że Krakaś spotyka się, un tam, za katucham, z innymi krukami. Bardzo wcześnie. Nie znam ich mowy, ale wiem, że w dzień nigdy nie odpowiada na żadne krakanie z lasu. Widocznie go nie interesują.

Nie rzuca się na kota dla zasady. Po co? Czarny stary kot i czarny młody kruk siedzą na schodkach werandy i grzeją na słońcu. Jest rzeczą tak oczywistą, że krukowi nie przeszkadza w tej chwili kot. Później skacze w cień. Chora noga zawadziła o coś, Krakaś się potknął. Podskoczył ze złości i buch kota, swym wielkim dziobem, w łeb. – Fe, jak brzydko! Ale ludzie się śmieją, bo im się podoba, to tak po ludzku: rozbić kolano o kant i ze złości kopnąć niewinny stołek…”

To wszystko obrazki wyjęte z życia niemal sielankowego „na daczy”. Goście, gra w szachy, krokieta, herbata, psy, kot, kruk… I – służąca. Rzeczowa, gderliwa… W „Siostrach” Barbary Toporskiej ma ona na imię Weronika. Czy nie z przekory czasem? (Aluzja do Weroniki z „Drogi donikąd” Józefa Mackiewicza, kochanki Pawła?).


1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   14


База данных защищена авторским правом ©shkola.of.by 2016
звярнуцца да адміністрацыі

    Галоўная старонка