Na biograficzno-geograficznym szlaku Józefa Mackiewicza Kiedyś, na wieczną pamiątkę dyrektora „Poleskich Żelieznych Dorog”




старонка4/14
Дата канвертавання28.04.2016
Памер0.67 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   14

Gniazdo rodzinne, szczęśliwe i utracone

Michał Sopoćko urodził się 1 listopada 1888 roku w Juszewszczyźnie, folwarku położonym w okolicach Wołożyna w powiecie oszmiańskim.

Przyszedł na świat w rodzinie szlacheckiej, naonczas już zubożałej. Ojciec Michała, Wincenty podejmował samodzielne posady, najmując się do pracy w majątkach („uprawitiel choziajstwa” – jak stoi w dokumentach). W 1868 Wincenty poślubił Emilię Krejczman z Sokołowskich, szlachciankę. Z tego związku urodził się syn Ignacy. Po kilku latach małżeństwa Emilia zmarła. Jeszcze za jej życia Wincenty wziął w dzierżawę folwark Juszewszczyznę, należący do dóbr Tyszkiewiczów. (Folwark ten zwano też Nowosadami).

W 1881 Wincenty poślubił Emilię Pawłowicz, szlachciankę, córkę Antoniego i Antoniny z Terleckich. Było to małżeństwo szczęśliwe. Urodziła im się trójka dzieci: Piotr, Zofia i to najmłodsze – Michał. Pod ich opieką pozostawał także Ignacy, syn Wincentego z pierwszego związku małżeńskiego.

Rodzice Michała byli ludźmi religijnymi, odpornymi na wszelkie przeciwności losu. Niestety, z powodu skomplikowanej sytuacji materialnej nie mogli zapewnić dzieciom nauki w gimnazjum. Dzierżawiony przez nich folwark był w złym stanie, nie przynosił zysku.

Ale jakoś trwali, mieli dach nad głową, dochody z owocowego sadu. Aż przyszedł fatalny rok 1902, gdy wygasł termin kolejnej umowy dzierżawnej. Hrabia Tyszkiewicz odmówił jej prolongaty. Majątek został sprzedany Rosjanom. Rodzina Sopoćków była zmuszona opuścić folwark. Po latach ks. Sopoćko napisze w swych „Wspomnieniach”: „Był to cios bardzo bolesny dla wszystkich. Jeszcze dziś na wspomnienie serce się ściska”.

Sopoćkowie utracili wszystko. Dom, budynki gospodarcze, sad, zasadzony i pielęgnowany rękami całej rodziny. Utracili gniazdo rodzinne. Może najmniej boleśnie utrata ta dotknęła siostrę Michała Zofię oraz przyrodniego brata Ignacego. Zofia przed rozstaniem się z Juszewszczyzną poślubiła Michała Grzybowskiego i przeniosła się do posiadłości męża, zaś Ignacy podjął posadę w innym majątku.

Wincenty Sopoćko wziął w dzierżawę mniejszy już folwark w Starzynkach w gminie Raków, ale i tam mu się nie wiodło. Po paru latach przeniósł się do Kukieli w gminie Gródek, gdzie ostatecznie zbankrutował.

Buntowszczyk”

Pragnienie zostania kapłanem obudziło się w Michale już od wczesnego dzieciństwa. Aby je ziścić, musiał zdobyć odpowiednie wykształcenie. Ani wędrowna szkoła wiejska czy szkoła cerkiewna w Wołożynie, ani też szkoła ludowa w Zabrzeziu, do których uczęszczał, takowego wykształcenia dać mu nie mogły. Mogła je dać Szkoła Miejska w Oszmianie. Ale na naukę w tej szkole rodzice nie mieli pieniędzy. A gdyby nawet byli w stanie „wygrzebać te ostatnie”, oznaczałoby to skrzywdzić pozostałe dzieci, skazane na ciężką harówkę na roli. Michał uczył się dobrze, modlił się dużo i często, regularnie uczęszczał na Msze święte w odległym o osiemnaście kilometrów kościółku parafialnym, zawsze brał udział w domowych nabożeństwach, a nawet im przewodził, budował domowe ołtarzyki. Miał wyraźne powołanie. Bogobojny ojciec długo się wahał. W końcu podjął decyzję. Miejska Szkoła w Oszmianie była sześcioklasowa. O ile Michał zda tam egzaminy do trzeciej klasy i będzie przyjęty – pozwoli mu na naukę. O ile nie – więcej niechaj nawet nie próbuje. Ku szczeremu zdumieniu ojca Michał je zdał pomyślnie i został przyjęty.

Do szkoły w Oszmianie uczęszczało 180 uczniów. Zdecydowanie przeważali w tym gronie Polacy wyznania rzymskokatolickiego. Dość liczny odsetek stanowili Żydzi, wyznawcy judaizmu. Natomiast uczniów wyznania prawosławnego było zaledwie kilkoro. Opcja szkoły była prorosyjska i proprawosławna, czyli „państwowosławna”. Modlitwy przed lekcjami wszyscy uczniowi winni byli odmawiać po rosyjsku oraz śpiewać pieśń prawosławną. Z nakazu administracji szkoły musieli brać udział w chórze cerkiewnym. A więc w chórze tym śpiewali głównie Polacy i Żydzi. Religię Rosjanom wykładał duchowny prawosławny, natomiast Polakom katolikom – prawosławny inspektor szkoły Paweł Mordwiłko. Wykładał oczywiście po rosyjsku, robiąc jednocześnie uszczypliwe „wycieczki” pod adresem wiary katolickiej.

Sopoćko uczył się pilnie, był w szkole prymusem („pierwszym uczniem”, jak odnotuje w swym „Dzienniku”). Ale nie był przez swych nauczycieli uczniem lubianym, a w szczególności przez inspektora Mordwiłkę. Michał był bowiem zdeklarowanym „buntowszczykiem”. W próbach chóru cerkiewnego uczestniczył, ale śpiewać do cerkwi nie chodził. Nadto, zażądał od inspektora, by modlitwy odbywały się po polsku i żeby został zawieszony wcześniej tu istniejący obraz Matki Boskiej Częstochowskiej.

Było to już na przełomie 1905-1906 roku, po wojnie rusko-japońskiej, gdy car zmuszony był wydać ukaz tolerancyjny i gdy Rosją zaczęły wstrząsać strajki i ruchawki rewolucyjne. Na tej fali młodzi „oszmiańczuki” polskiego pochodzenia, a wraz z nimi i żydowskiego, skrzyknęli się do wspólnej wielkiej akcji. W listopadzie 1905 w Oszmianie wybuchł uczniowski strajk. Współorganizatorem strajku był Michał Sopoćko, naonczas uczeń ostatniej, szóstej klasy. Polacy zażądali nauczania religii katolickiej przez księdza i żeby ją wykładano po polsku, natomiast Żydzi – ażeby ich nie zmuszano do prac pisemnych w soboty. Inspektorowi Mordwiłce postawiono szereg zarzutów: niesprawiedliwe traktowanie Polaków, wypaczanie historii Polski, a ponadto – niesumienność, nieuczciwość, łapownictwo.

Młodzi buntownicy odnieśli sukces. Inspektor Mordwiłko podał się do dymisji, żądaniom uczniów uczyniono zadość. Michał Sopoćko – „pierwszy uczeń szkoły” został „pierwszym bohaterem narodowym”.

Szkołę ukończył z wyróżnieniem. Miał tylko jeden problem: sprawa z jego językiem polskim, ojczystym wyraźnie (jak napisze) „kulała”. Drogę do Seminarium Duchownego miał teraz wolną, ale znów zaistniał z tym problem: za co? Brak środków materialnych w rodzinie Sopoćków coraz bardziej dawał się we znaki…

Do Wilna z przystankiem w Kownie

Pragnął podjąć studia w seminarium w Wilnie. W dzieciństwie miasto to wywarło na nim ogromne wrażenie. Szczególnym przeżyciem była ceremonia bierzmowania w Katedrze Wileńskiej, a potem zwiedzanie kaplicy z relikwiami św. Kazimierza, spotkanie ze słynnym obrazem Matki Bożej Miłosierdzia w Ostrej Bramie. „Tych przeżyć chyba nigdy nie zapomnę” – zapisał w „Dzienniku”.

W 1908 przebywał u swych krewnych w Kotłowie, majątku pod Rakowem. Poznał tam przybyłe z Kowna małżeństwo Hryniewskich. Helena Hryniewska, dawna przyjaciółka jego matki, po bliższym rozeznaniu się w sytuacji Michała, zaproponowała mu, by wraz z nią i jej mężem pojechał do Kowna albo do Wilna celem kontynuowania nauki. O wikt i opierunek nie powinien się martwić – zapewniała Michała. Tam, na Litwie niewątpliwie znajdą się dobrzy ludzie, którzy mu pomogą. Propozycja była kusząca; razem z Hryniewskimi Michał wyjechał do Kowna, mając przy sobie zaledwie 20 „sieriebrianikow”.

W Kownie spotkał go zawód. W swym „Dzienniku” zapisze: „W Kownie nie otrzymałem żadnej pomocy oprócz kilkunastu listów polecających do rozmaitych osób rzekomo wpływowych w Wilnie”. Wyruszył więc do Wilna.

W Wilnie chodził z listami polecającymi od domu do domu, docierając do osób, wskazanych przez Hryniewską, ale wszędzie opędzano się od niego jak od natrętnej muchy.

Coraz częściej skierowywał swe kroki ku Ostrej Bramie, upraszając Pannę Miłosierną o pomoc. W swoich „Wspomnieniach” napisze o tym tak: „Gdy z 20 rs [rubli srebrnych – uw. A. A. B.] zostało mi tylko 5 rs, za które mogłem wrócić do domu, postanowiłem Wilno opuścić. Złamany udałem się jeszcze raz do kaplicy M. B. Ostrobramskiej, gdzie w czasie modlitwy poczułem napływającą energię i wstąpiła we mnie jasność. Wróciłem do miasta i udałem się na Basztę do p. Zmitrowicza, który się zajmował wychowaniem młodzieży. Tu spotkałem p. Jadwigę Waltz, która – widząc moje zakłopotanie – zaproponowała mi utrzymanie i naukę łaciny za kilka godzin lekcji rosyjskiego dla jej uczniów”.

W internacie przy ul. Bakszta prowadzonym przez Jadwigę Waltz Michał Sopoćko miał nie tylko utrzymanie, ale także możliwość uczenia się języka łacińskiego i niemieckiego. Internat ten miał jeszcze dwie filie na Antokolu i przy ul. Witebskiej (tam, gdzie mieszkał Józef Mackiewicz). Wychowawcami w tych placówkach byli znakomici pedagodzy: Józef Zmitrowicz, Władysław Janowicz i Stanisław Moksiewicz.

Po pewnym czasie Sopoćko pojechał do Petersburga, aby złożyć tam brakujące egzaminy. Zdał je pomyślnie.

Z egzaminem wstępnym do Seminarium Duchownego w Wilnie poszło mu gładko, ale się okazało, że wymagana jest jeszcze znajomość litewskiego. Nie znał tego języka. Za protekcją swego wychowawcy, Józefa Zmitrowicza, Sopoćko pojechał na Żmudź, do Płungian, majątku księżnej Ogińskiej, by tam w praktyce poznać litewski. Nic z tej nauki nie wyszło, bowiem we dworze prowadzono konwersację wyłącznie po polsku, zaś ludność okoliczna rozmawiała po żmudzku.

Do Płungian Sopoćko jeszcze powróci, będzie tam w roku następnym spędzał wakacje. Mile widać był tam widziany i odpowiednio ceniony, skoro księżna Ogińska zaproponowała mu studia zagraniczne na jej koszt, ale pod warunkiem: po ich ukończeniu Sopoćko będzie pracował na Litwie Kowieńskiej. Podziękował, ale propozycji nie przyjął.

Po powrocie z Płungian na jego drodze do rozpoczęcia studiów w seminarium spiętrzyło się mnóstwo różnego rodzaju trudności, na domiar Sopoćko podupadł na zdrowiu.

Studia w Seminarium Duchownym w Wilnie rozpoczął w dniu 16 sierpnia 1910 roku. I tym razem znowu zaistniał problem środków materialnych. I znowu, jak wcześniej, przyszli mu z pomocą Jadwiga Waltz i Józef Zmitrowicz. Jadwiga Waltz ofiarowała mu pieniądze, za które sprawił sobie sutannę i nabył inne potrzebne rzeczy. Dzięki Zmitrowiczowi, jego wstawiennictwu u rektora, Sopoćko został zwolniony z obowiązującej opłaty alumnów, a nawet zaczął otrzymywać zapomogę.

29 września 1910 odbył się obrzęd obłóczyn; był to dzień, w którym Sopoćko włożył suknię duchowną.

W seminarium miał życzliwych, przyjaznych mu kolegów. Często „łatali dziury” w jego budżecie. Starszy diakon K. Czybiras ofiarował mu swoją pelerynę, w której Sopoćko chadzał przez parę lat. A znów inny pożyczył mu buty, w których Michał przystąpił do święceń diakonatu. Któryś z nich kupił mu brewiarz…

Przez cały czas nauki w seminarium stan zdrowia Michała Sopoćki ulegał coraz gwałtowniejszemu pogorszeniu. Cierpiał na bóle głowy, na szum w uszach, nękały go częste zamroczenia. Boleśnie przeżył w tym czasie śmierć ukochanej matki. W dniu jej zgonu (26 października 1911), zanim nadeszły wieści o jej krytycznym stanie, doznał wielkiego wewnętrznego wstrząsu. Gdy modlił się w Ostrej Bramie, miał atak – „odczułem konanie mamy” – napisze w swych „Wspomnieniach”.

Mimo złego stanu zdrowia, uczył się wytrwale, zdobywał wiedzę. Najwięcej jednak uwagi i czasu poświęcał na formację duchową. „Najciekawsze były konferencje Ojca Duchownego o życiu wewnętrznym oraz rozmowy z kierownikiem sumienia, którego każdy alumn mógł sobie wybierać spośród profesorów i przychodzących z miasta kapłanów” – odnotuje w „Dzienniczku”.

 Głos Wewnętrzny: „Nie idź!” Głos Chrystusa: „Pójdź za Mną!”

Nauka w seminarium wileńskim trwała cztery lata. Pod koniec III roku studiów udzielano seminarzystom święceń subdiakonatu i diakonatu. W przypadku Michała Sopoćki jednakże było inaczej. Otrzymał on oba święcenia już pod koniec II roku studiów. O motywach, które skłoniły przełożonych do wcześniejszego udzielenia Michałowi Sopoćce święceń pisze jego biograf ks. Henryk Ciereszko:

„To było z obawy przed ewentualnym wcieleniem Michała do carskiego wojska. Władze wojskowe odmówiły mu bowiem przedłużenia odroczenia służby wojskowej. Od służby zwalniani natomiast byli duchowni. Udzielenie święceń wyższych automatycznie chroniło przed tą służbą. Inną racją była chęć polepszenia sytuacji materialnej Michała. Jako diakon mógłby on bowiem otrzymywać, zwłaszcza w czasie wakacyjnych wyjazdów do parafii, pewne wynagrodzenie od proboszczów za pomoc w duszpasterskich posługach. Motywom tym musiało niewątpliwie towarzyszyć wewnętrzne przekonanie przełożonych co do postawy duchowej Michała, predysponującej go do wcześniejszego przystąpienia do święceń, oraz duże zaufanie, że nagłe i jakby na wyrost wyróżnienie nie osłabi jego mobilizacji w pracy duchowej. Michał był tą decyzją wyraźnie zaskoczony i w jego odczuciu jeszcze nieprzygotowany do przyjęcia święceń. […] Przedstawił swe obawy rektorowi, ten zaś dla uspokojenia go pokrótce go przeegzaminował, stwierdzając, że może przystępować do święceń. Nie przekonało to jednak Michała i nadal nurtowały go wątpliwości. Posłuszny jednak rektorowi, dołączył do odprawiających rekolekcje. Podczas ich trwania udał się jeszcze ze swymi wątpliwościami do swego spowiednika, ks. Michniewicza, a ten nie tylko zezwolił mu na przyjęcie święceń, ale nawet poniekąd nakazał”.

I właśnie w tym czasie nastąpił wstrząsający moment. W chwili, gdy Sopoćko modlił się przed Najświętszym Sakramentem, nagle usłyszał wewnętrzny głos, nakazujący mu, aby nie przystępował do święceń. O tym niezwykle dramatycznym dla niego momencie Sopoćko napisze w swoim „Dzienniku”:

„Spowiednik mi zezwolił przyjąć święcenia, ale potem w kościele usłyszałem głos: „Jeszcze teraz nie idź!”. Długo się wahałem”. W innym miejscu napisze: „Byłem zdecydowany do święceń nie przystępować. Ale spowiednik (ks. Michniewicz) nie tylko mi pozwolił, ale poniekąd nakazał. Po spowiedzi ukląkłem przed Sanctissimum i jak gdybym usłyszał głos wewnętrzny: „Nie idź”. Odtąd walczyłem ze sobą”.

Jako że stolica biskupia w Wilnie naonczas już od kilku lat nie była obsadzona (władze carskie w 1907 r. nakazały bp. E. Roppowi opuścić Wilno), święcenia miały być udzielone w Kownie przez tamtejszego biskupa. Michał Sopoćko, wciąż targany wewnętrznymi sprzecznościami, udał się jednak, wraz z innymi kandydatami, do święceń do Kowna. Było to w czasie uroczystości Zielonych Świąt. Tam, nazajutrz, w dniu 14 maja 1912, bp Kasper Felicjan Cyrtowt wyświęcił go na subdiakona. Przed samymi święceniami, już w Katedrze, Sopoćko doznał przeżycia, które zdefiniuje później jako widzenie Zbawiciela. Opisze je w „Formacji kapłańskiej”:

Było to na uroczystość Zielonych Świąt. Po obiedzie wybraliśmy się do Kowna, bo w Wilnie nie było biskupa. Nocowaliśmy w hotelu. Rano ks. Lubianiec odprawił nam rozmyślanie Et tu puer Altissimi. Poszliśmy do Katedry. Przed święceniami ujrzałem Zbawiciela ubiczowanego, który patrzał na mnie i powiedział: „Kto chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, weźmie krzyż swój i idzie za Mną”. To mi wlało trochę otuchy i ze drżeniem stanąłem w szeregu przystępujących do święceń, których udzielił Bp. Cyrtowt”.

Nieco inną wersję tego przeżycia ks. Sopoćko odnotuje w swoim „Dzienniku”:

„Wreszcie udałem się do Kowna (w Wilnie nie było biskupa) i wciąż się wahałem. Przed samymi święceniami ujrzałem w ołtarzu ubiczowanego Chrystusa, który mi rzekł: „Weź krzyż mój i idź za Mną!”. Poszedłem tedy i rzeczywiście wciąż dźwigam krzyż”.

W 22 lata od tamtego zdarzenia ks. Michał Sopoćko spotka w Wilnie s. Faustynę Kowalską. Z początku nie uwierzy o jej widzeniu Chrystusa, jak i w to, że to on ma być jej kierownikiem duchowym… Wolą Siły Wyższej musieli z sobą się spotkać…

…Jest rok 1942. Józef Mackiewicz pisze w Czarnym Borze swą drugą (po „Drodze donikąd”) powieść. Ks. Michał Sopoćko ma tu jedyną do tej pory możliwość, czas na snucie wspomnień.

4.



Tegoż to wieczoru wszedł na dziedziniec mojej posiadłości Wincenty Woronko, sołtys, i powiada:

Panu iść na pięć dni szosa lidzka ze śniegu czyścić.

Dlaczego mnie?

A to komuż! – rzucił ze złością. – Naszej gromadzie koleja wypadła w gminie. I wszystkim iść trzeba. Bez różnicy.



Samogonem z ust na mrozie niosło od Woronki na dobre pięć metrów. Pojono go od rana do rana, bo od niego zależało i wyznaczenie na roboty, i na roboty do Niemiec i furmanki do obozów pomocniczych na front, i dziesiątki innych plag, od których każdy absolutnie chciał się wykręcić. Sołtys pił, ale nie mógł sprostać interwencjom, boby musiał chyba zwolnić wszystkich, ukryć wszystkich, nie zapisać ani jednej kury we wsi i samemu dostać kulę w łeb. Zachrypł więc tylko i schamiał jeszcze bardziej, ani ze swej woli, ani winy. Powiedział i trzasnął furtką.

Panie Woronko!

Dać mnie święty pokój! – machnął ręką odchodząc.

(Józef Mackiewicz „Spotkania”)

Zimą też było tam pięknie – wspomina córka Mackiewicza, Halina – w dzień jeździło się na nartach, wieczory były dłuższe, można więc było dłużej z ojcem poobcować; przeważnie w soboty i niedziele, bo wtedy właśnie przyjeżdżała z Wilna do Czarnego Boru. No a latem chodziło się na grzyby, jagody, grywało w krokieta.

W niedzielę Barbara Toporska szła na nabożeństwo do kaplicy urszulanek. Józef Mackiewicz nie chodził, acz był człowiekiem religijnym. Małe osiedle, wszyscy się tu znali, wścibskie miejscowe baby, złośliwe języki. Często nawet zza płotu podglądały, co na dziedzińcu domu Mackiewicza się dzieje; Halina starała się więc unikać tego otoczenia. O wiele lepiej się czuła, gdy z matką wyjeżdżała na wakacje do podwileńskiej Puszkarni u Romanowiczów. Tam kilka lat mieli letnisko – u Ireny Romanowicz, Rosjanki. (Jej pierwszym mężem był Andrejew).

„Tutejsi” i – sytuacje ekstremalne: wojna, okupacja sowiecka, niemiecka… Wszystko to Józef Mackiewicz opisał w swoich utworach.

Adwokat Sopoćko

Barbara Toporska na nabożeństwa uczęszczała, ale kontaktu z siostrami urszulankami raczej nie miała. Józef Mackiewicz – też nie. No a z księdzem Sopoćką? Nigdzie o tym nie wspomniał, nie napisał. Natomiast opisał spotkanie z innym Sopoćką, wileńskim adwokatem – w kontekście dramatycznych wypadków, jakie rozegrały się w Wilnie w czasie niemieckiej okupacji. Tego Sopoćkę Mackiewicz znał dobrze, ona – Halina – znała jego córkę Tulę…



Znany jest fakt rozstrzelania w Wilnie na przełomie lat 43-44 dziesięciu „najwybitniejszych Polaków”, jak to stało w oficjalnym komunikacie Gestapo. Nie będę więc sprawdzał dokładnych dat, ani pełnej listy nazwisk, z których nie wszystkie pamiętam. Chciałbym dorzucić tylko garść wspomnień osobistych o wypadkach, które powinny posiadać szczegółową monografię. Nie pamiętam nawet nazwiska tego fatalnego agenta litewskiej sekcji Gestapo, który został zastrzelony gdzieś w okolicach, zdaje się, między św. Jakubem i Mostem Zielonym, a który stał się pretekstem do straszliwego odwetu. Nazwisko to było wówczas głośne. [Marijonas Padaba – uw. A. A. B.]. Ponieważ był Litwinem, więc w nastroju pasji politycznych, porachunków, terroru, gwałtu i rozpasanej nienawiści, rozpętał namiętną dyskusję, w której niektórzy twierdzili, że odpowiedzialność za mord dziesięciu spada wyłącznie na Niemców, a inni, że dokonany został za poduszczeniem „Litwinów”.

Oczywiście ta druga wersja nie miała żadnego uzasadnienia, prócz litewskiej narodowości agenta. „Litwini” jako tacy nie ponosili zań większej odpowiedzialności, niż „Polacy” na przykład za rzekomą agentkę Gestapo Wyleżyńską, też zresztą zastrzeloną na ulicy. Poza wszystkim jednak przeczył temu fakt, że na pierwszym miejscu owych dziesięciu rozstrzelanych w odwet widniało nazwisko Mieczysława Engla. Mieczysław Engel należał do rzędu tych bezkompromisowych Polaków i najszczerszej wody patriotów, którzy cieszyli się jednocześnie szacunkiem wszystkich narodowości Wilna. Litwini odnosili się doń przyjaźnie. Powiadano, iż dlatego, że bronił w okresie wojewodowania Bociańskiego oskarżonych przed sądem Litwinów, ale w rzeczywistości tylko on i adwokat Sopoćko odpowiadali zawiłym litewskim przepisom, które dawały prawo na występowanie w sądach i takie też prawo przyznano im z miejsca po wkroczeniu Litwinów jeszcze w roku 1939.

* * *

Zaraz po zabójstwie agenta, szef Gestapo (nie pamiętam tego nazwiska) wściekł się. Tytułem represji kazał aresztować w nocy owych „dziesięciu najwybitniejszych” i natychmiast, ale to natychmiast, rozstrzelać na podwórzu Łukiszek, nie wywożąc ich nawet na Ponary, które były normalnym miejscem kaźni. Z piekielnego pośpiechu wynika pewna charakterystyka ilustracji: Fama głosiła, że pospieszył w ten sposób, aby mu wyższe władze nie przeszkodziły w wykonaniu wyroku. Zdaje się, że tak było w istocie. A zatem szef Gestapo posiadał tak dalece nieograniczoną władzę, ażeby bez konsultacji jakiejkolwiek, miejscowej czy centralnej, pozwolić sobie na czyn podobnie krwawej rozprawy, nie tak jednak wielką, by się nie obawiał, że decyzja jego może być zakwestionowana. Zwłaszcza osoba prof. Pelczara nasuwać mu mogła pewne obawy pod tym względem. Prof. Pelczar był sławą naukową na miarę europejską. Studiował w Wiedniu i w Berlinie, miał tam dużo znajomych i przyjaciół. Niemcy, po wkroczeniu w r. 1941, okazali mu dużo respektu. Chcieli z nim nawet rozmawiać, co oczywiście, w tych warunkach, w jakich obracała się polityka niemiecka, nie miało żadnego sensu.

Córka mec. Engla pracowała w tym czasie jako maszynistka w „Gebietskommissariat Wilna-Stadt”. Pobiegła też natychmiast do komisarza Hingsta. Drogą przerozmaitych protekcji zaalarmowano władze wyższe w Kownie i sprawę udało się przeforsować do Berlina, gdy już… dawno było za późno. Sprzątnięto trupy, koniec.

Jednocześnie Gestapo zarządziło aresztowanie trzystu Polaków w mieście, których wsadzono i – wywieziono. Dokąd?

Opowiadał mi później, aresztowany między innymi, wspomniany wyżej adwokat Sopoćko. Droga szła przez ulicę Legionową na… Ponary. Sopoćko opowiadał mi to przy kieliszku wódki, swoim zwyczajem zwężając usta, gdy chciał powiedzieć jakiś dowcip: – Sam rozumiesz… No cóż. W aucie wstał ksiądz, gdyśmy jechali serpentyną w górę i błogosławił wszystkich na śmierć. Sam rozumiesz.

Ale szosa na Ponary prowadzi też do Koszedar, a do Prowieniszek jechało się przez Koszedary. Wszystkich trzystu zawieziono do Prowieniszek. Jednakże wspomniane interwencje i ponoć niezadowolenie władz wyższych z rozstrzelania Pelczara itd. wpłynęły na cofnięcie zarządzenia Gestapo. Zdaje się, że już po miesiącu wszystkich zwolniono i wrócili do Wilna.

Bardzo tam było strasznie? – pytałem Sopoćkę.

Nieee. Za łapówki można było jeszcze wytrzymać. Nieprzyjemnie tylko. Ciągniesz na przykład jakieś kłody po pas w torfianej łące, a tu na ciebie jakiś cham wrzeszczy. Można było wytrzymać, tylko że w każdej chwili, za najmniejsze coś – nie – tak, mogli zastrzelić. Nieprzyjemnie. Sam rozumiesz.

(Józef Mackiewicz „Prowieniszki”)

Opatrzność” pod okiem Opatrzności

Czyżby tego domu, acz i usytuowanego na ustroniu, okolonego lasem, nigdy nie odwiedził sołtys Woronko? Teoretycznie – musiał tu kiedyś zajrzeć. Czy „tego krewniaka” właścicielki domu, „Wacława Rodziewicza” uznał był „za starego” na ciężkie – społem – roboty? Chyba tak właśnie było, skoro nawet Niemcy machnęli na „Rodziewicza” ręką. Zawędrowali tu kiedyś, przeszukując okoliczne lasy. Chcieli „Rodziewicza” zabrać do robót na lotnisko w wileńskim Porubanku, ale uratował go jego siwy zarost, „za stary” – stwierdzili.

Z tymi „drugimi” Niemcami nie było żartów. Za tamtych, w 1-ej światowej było inaczej, jakoś tam można było z nimi się dogadać. Właśnie wtedy ks. Michał Sopoćko rozpoczął duszpasterstwo w Taboryszkach. Został mianowany wikariuszem tamtejszej parafii. Przyjechał tam w pierwszych dniach września 1914, tuż po wybuchu wojny. Taboryszki… Najgorsze to tam były układy z księdzem proboszczem…

Autor „przewrotu” w parafii

„Oto przypominam, jakem po raz pierwszy przyjechał do Taboryszek. Nie chciało mi się wierzyć, że tutaj zostanę; przyzwyczaiłem się był w seminarium do pracy czynnej, a tu nie ma co robić” – pisał w „Dzienniku”. Nieco później w tymże „Dzienniku” napisze: „We wrześniu przybyłem do Taboryszek jako wikariusz, gdzie przebyłem cztery lata wojny. Na razie czułem się b. źle: brak było pracy, gdyż ks. Proboszcz na każde poczynanie patrzał z uprzedzeniem”.

Proboszczem parafii był ks. Andrzej Lacki, człowiek w starszym już wieku, zapiekły tradycjonalista. Duszpasterstwo sprowadzał głównie do sprawowania Mszy świętych, posługi sakramentalnej oraz głoszenia niedzielnych i świątecznych kazań. Zakres obowiązków wyznaczył ks. Sopoćce taki, jaki miał być w jego – proboszcza – zrozumieniu: sprawowanie nabożeństw oraz głoszenie kazań w niedziele i święta, natomiast w dnie powszednie wyjazdy z posługą sakramentalną do chorych, o ile będą tego rodzaju wezwania. Tymczasem młody, pałający gorliwością apostolską neoprezbiter pojmował je całkiem inaczej.

Parafia liczyła ponad 6 tysięcy wiernych. Sopoćko skupił uwagę przede wszystkim na młodzieży. Zajął się jej katechizacją. Nie w smak to było proboszczowi, ale w końcu zgodził się na nauczanie młodzieży katechizmu w niedziele przed główną Mszą świętą. Na wynik nie trzeba było długo czekać. Kazania katechizmowe młodego kapłana cieszyły się dużą frekwencją. Niedługo ks. Sopoćko założył bibliotekę parafialną. Skwapliwie gromadził, powiększał księgozbiór (najprawdopodobniej kosztem własnych środków), aż z biegiem czasu urósł on do 300 pozycji. Zaczął uczyć młodzież śpiewu na nabożeństwach; do młodych dołączyli starsi. I tym razem znów ku niezadowoleniu proboszcza („nauka śpiewu do wikariusza nie należy”). Po dłuższych oporach proboszcz zgodził się jednak na osobne próby śpiewu w domu kościelnym. Śpiew na nabożeństwach w kościele znacznie się poprawił. Z tej śpiewającej gromady zrodził się chór parafialny – tym razem ku zadowoleniu ks. proboszcza.

Mało widać Sopoćce tego jeszcze było, bo podjął się także „korekty” spraw sakramentu pokuty. Przekonał się, że wierni nieprawidłowo się spowiadali; poprowadził więc katechezę przygotowującą do tej praktyki. Przysporzył tym sobie więcej pracy, bowiem od tej pory liczba spowiadających się rosła niczym grzyby po deszczu. Poza katechizacją Sopoćko prowadził okresowe, zazwyczaj w maju-czerwcu, przygotowanie dzieci do spowiedzi i Pierwszej Komunii Świętej. W pierwszym roku pracy zgromadził około kilkuset dzieci w wieku 7-16 lat. Nauka trwała przez parę tygodni po kilka godzin dziennie.

Coroczne kolędowanie, odwiedziny wiernych w domach przynosiły mu więcej zmartwień aniżeli radości, co odnotuje w „Dzienniku”: „W czasie kolędy ileż się przeżyło wrażeń rozmaitych, ileż się widziało łez i nędzy nie tylko materialnej, ale głównie moralnej […] Robiłem co mogłem, ale nie tyle, ile by się należało”.

Robił właściwie nawet ponad swe możliwości, bo kosztem nadwątlonego zdrowia, permanentnego zmęczenia.

W lecie 1915 przez Taboryszki przeszedł front niemiecko-rosyjski. Rabunki, pożary stały się niejako „normalką”. Kto tylko mógł uciekał „gdzie oczy poniosą”. Uciekł i ksiądz proboszcz Lacki. Wyjechał z Taboryszek, schronił się przed frontem. Prawda, nie zrobił tego po kryjomu, o swej decyzji uprzedził wikariusza, zachęcał go do ucieczki. Sopoćko pozostał na miejscu. Odprawiał nawet nabożeństwa, ale dla kogo? „Wierni, czy to z powodu opuszczenia miejscowości, czy to ze strachu przed ostrzeliwaniem, w nich nie uczestniczyli” – odnotuje w „Dzienniku”. Był też przygotowany do niesienia ewentualnej ostatniej posługi. Obchodził Taboryszki, wyszukiwał rannych bądź zabitych. Ofiar wśród cywilnej ludności z terenu parafii nie było.

Po powrocie ks. proboszcza Lackiego, Sopoćko niezmordowanie objeżdżał całą parafię, poszukując i pocieszając skrzywdzonych i poszkodowanych.

W tym samym czasie, w lipcu 1915, w momencie odwrotu wojsk rosyjskich, Sopoćkę odwiedził w Taboryszkach jego ojciec. Samotny, znękany wojną, nie miał pracy… Chciał go Sopoćko zatrzymać przy sobie, ale ksiądz proboszcz mu na to nie zezwolił. Sopoćko miał nadzieję na wynajęcie ojcu mieszkania we wsi, niestety, nikt z parafian na to się nie zgodził. Musiał więc z wielkim bólem pożegnać się z ojcem. Było to ich ostatnie spotkanie. Wincenty Sopoćko po kilku latach zmarł w biedzie i opuszczeniu.

Martwił Sopoćkę ponadto los siostry, Zofii Grzybowskiej. Jej mąż chorował, gospodarstwo dotknął pożar. Troska o męża i małe dzieci spadła na jej barki. Sopoćko nie mógł do niej dojechać z powodu odległości, a przede wszystkim ze względu na strefę przyfrontową. Zofia zdobywała się na kilkudziesięciokilometrowe piesze wędrówki do Taboryszek, do brata. Dzielił się z nią żywnością i pieniędzmi.

Po Rosjanach przyszli Niemcy. Wprowadzili swoje porządki. Dokonali nowego podziału terenu. Obszar parafii taboryskiej znalazł się w granicach trzech odrębnych jednostek administracyjnych: powiatu wileńskiego, komendantury w Miednikach i komendantury w Bołtupiu. Aby poruszać się między nimi, należało mieć specjalną przepustkę. Nie był to nakaz „na wiatr”. W niedziele i święta przed kościołem czuwały patrole żandarmów, wierni spoza Taboryszek winni byli okazać przepustki. Tych, którzy przepustek nie mieli, żandarmi nie tylko nie wpuszczali do kościoła, ale też bili. W obronie parafian stanął nie ksiądz proboszcz, ale młody wikariusz Sopoćko. Interweniował u komendantów poszczególnych okręgów, a gdy nie znalazł tam zrozumienia, zwrócił się do władz wyższych. Odniosło to pewien skutek, ale nie na długo.

W 1917 roku stosunki z władzami znacznie się pogorszyły. Działania żandarmów stawały się coraz drastyczniejsze. Sopoćko ponownie wystąpił do władz w obronie prześladowanych parafian, wnosząc kolejną skargę na żandarmów. Tym razem w Taboryszkach wszczęto śledztwo. Pod pretekstem rzekomej epidemii, Taboryszki odizolowano od reszty parafii, wydając zakaz wjazdu i wyjazdu. Uniemożliwiło to księżom sprawowanie posługi duszpasterskiej poza Taboryszkami. Sopoćko ostro przeciwstawił się takiej decyzji władz i wniósł skargę aż do samego dowódcy frontu. Groziło to aresztowaniem, ale skończyło się tym, że ks. Michał Sopoćko dostał zezwolenie na opuszczenie Taboryszek. Zamieszkał o parę kilometrów od wsi, w domku zbiegłego do Rosji diakona. Mszę świętą i nabożeństwa sprawował w kaplicy cmentarnej. Objeżdżał też parafię z duszpasterską posługą.

W międzyczasie odbył się sąd polowy nad żandarmami. W przededniu posiedzenia sądu Sopoćko miał „gości”. To byli oskarżani żandarmi. Upraszali go, by się nad nimi ulitował. Na sądzie, występując w charakterze świadka, ks. Michał Sopoćko nie cofnął swoich zeznań odnośnie brutalnego zachowania się żandarmów, ale niedwuznacznie wyraził zdziwienie, że sądzeni są jedynie żołnierze, którzy byli tylko wykonawcami rozkazów, narzędziem w rękach tych, którzy takowe rozkazy wydali. Poprosił też sędziów o możliwie łagodny wyrok. W wyniku oskarżeni otrzymali tylko po 10 dni aresztu. Niejednokrotnie okazywali później ks. Sopoćce wyrazy wdzięczności. Od tej pory zaszła takoż radykalna zmiana w ich zachowaniu się wobec parafian.

Miednickim targiem”

Nie zawsze i nie wszyscy tamci „pierwsi” Niemcy zachowywali się niewłaściwie. Zdarzało się, że od czasu do czasu przysyłali paczki żywnościowe. W ich rozdzielaniu brał udział ks. Sopoćko. Starał się też prowadzić akcje charytatywne. Organizował wśród parafian zbiórki płodów rolnych dla Seminarium Duchownego w Wilnie. Udzielał takoż czynnej pomocy księdzu Lubiańcowi, prowadzącemu ochronkę dla dzieci w Wilnie.

Z tamtymi „pierwszymi” Niemcami potrafił także dojść do porozumienia w sprawie budowania kaplic. Parafia w Taboryszkach była bardzo rozległa.

Wiele wchodzących w jej skład miejscowości było odległych od kościoła o paręnaście kilometrów. Miedniki Królewskie, odległe o 15 km od Taboryszek znalazły się, wraz z okolicznymi wsiami, w innym okręgu administracyjnym niż Taboryszki. Oznaczało to zupełne wyłączenie tej części parafii spod opieki duszpasterskiej, powstał zatem problem z uczęszczaniem do kościoła parafialnego. W tej sytuacji Sopoćko postanowił zbudować w Miednikach kaplicę. Intensywnie szukał okazji, sposobów na przekonanie do tej sprawy władzy, przełamanie jej oporów. Problem rozwiązał się sam przez się, bo oto spadł mu jak z nieba Niemiec, poszukujący u Sopoćki pomocy. W Miednikach skoszarowane były oddziały wojsk niemieckich. Opiekę duszpasterską nad nimi zaczął sprawować kapelan wojskowy, dojeżdżający z Wilna. On to zwrócił się do księdza Michała z prośbą o pomoc w przygotowaniu miejsca i odpowiednich paramentów liturgicznych do odprawiania Mszy świętej. Sopoćko się zgodził, ale pod warunkiem: w uczestnictwo w nabożeństwach dla żołnierzy niemieckich zostaną włączeni także miejscowi wierni. Takim to „miednickim targiem” jakoś się ze sobą dogadali. Pozostało tylko zorganizować kaplicę i rozpocząć w niej regularne nabożeństwa.

W Miednikach Sopoćko dostrzegał możliwość ewentualnego usamodzielnienia się w przyszłości nowej placówki parafialnej. Tą sugestią podzielił się z dziekanem, księdzem Szepeckim, proboszczem z Turgiel. Powiadomił o tym kurię wileńską i – naturalnie – swego bezpośredniego przełożonego księdza proboszcza taboryskiej parafii, Lackiego. Lacki, jak zwykle, nie zaaprobował tego rodzaju posunięć, zgodził się jednak, aby przystosowano jedną z miednickich stodół do odprawiania w niej Mszy świętej.

27 lutego 1916 poświęcono prowizoryczną kaplicę w Miednikach. Poświęcenia dokonał kapelan wojsk niemieckich, on też odprawił pierwszą Mszę świętą. Tuż po nim ks. Sopoćko celebrował Mszę świętą czytaną, po której zwrócił się do wiernych z prośbą o modlitwę, by w przyszłości stanął w tym miejscu kościół.

Kapelan niemiecki wyraził życzenie, aby sprawowanie Mszy świętych przekazane zostało ks. Michałowi Sopoćce.

Od tej pory jeszcze większy ogrom pracy spadł na młodego, wątłego zdrowia kapłana. Obrazowo opisuje to jego biograf ks. Henryk Ciereszko: „Zaczął więc systematycznie raz w tygodniu przyjeżdżać do Miednik z duszpasterską posługą. Przybywał tu już w sobotę, ażeby spowiadać wiernych. Był to akurat czas Wielkiego Postu, więc wielu parafian z Miednik i okolicznych miejscowości, także z sąsiednich parafii, przystępowało do spowiedzi. Spowiedź przeciągała się niejednokrotnie do późna w nocy. W niedzielę rano ks. Michał ponownie zasiadał w konfesjonale, a o godzinie ósmej sprawował Mszę świętą. Śpieszył po niej do Taboryszek, aby tam na sumie wygłosić kazanie, a nieraz i celebrować Mszę, gdyż ksiądz proboszcz często niedomagał. I choć czerpał ze swej posługi w Miednikach wiele satysfakcji, kosztowało go ono dużo wysiłku i zdrowia. Cotygodniowy daleki wyjazd, długie spowiedzi, brak odpowiedniego miejsca na wypoczynek – dopiero po kilku miesiącach urządzono mu na stałe u jednego z gospodarzy pokoik do zatrzymywania się – a nadto okazywane każdorazowo, gdy wracał z Miednik, niezadowolenie proboszcza, przynosiły razem duże utrudzenie”.

Proboszcz ksiądz Lacki zażądał od ks. Sopoćki, aby ten zrezygnował z wyjazdu do Miednik. Sopoćko, w duchu posłuszeństwa, został zmuszony do podporządkowania się decyzji swego przełożonego. Ogłosił w Miednikach zawieszenie nabożeństw – ku niezadowoleniu (czego się należało spodziewać) wiernych. Nie podał powodów, nie chcąc zadrażniać i tak już napiętych stosunków z proboszczem. Nie uzyskawszy od niego żadnych wyjaśnień, delegacja wiernych z Miednik wyruszyła do Wilna, do administracji diecezji, ks. Michalkiewicza. Z Wilna „sprawa” powędrowała do księdza dziekana w Turgielach. Administrator apostolski ks. Michalkiewicz sugerował mu, aby ten zarządził dojeżdżanie do Miednik w następujący sposób: albo ks. dziekan wyśle tam swego, turgielskiego wikariusza, albo wikariusza z Taboryszek – czyli ks. Sopoćkę. Pod naciskiem dziekana ks. proboszcz Lacki wyraził ostatecznie zgodę, aby do Miednik wyjeżdżał ks. Sopoćko. Ten nie zasypiał gruszek w popiele, z mety zajął się sprawą zbudowania w Miednikach kaplicy. Po uzyskaniu zezwolenia od niemieckich władz wojskowych rozpoczęto przebudowę tymczasowej kaplicy. Powstał komitet budowy dla zbierania składek. Sopoćko osobiście nadzorował prace. Zamożniejsi mieszkańcy ofiarowali część sprzętów liturgicznych, pozostałe kupiono ze składek. Ksiądz dziekan Szepecki przekazał dzwon. Administrator apostolski, ks. Michalkiewicz ofiarował obraz św. Kazimierza Królewicza i zezwolił na poświęcenie kaplicy, nadając jej tytuł tegoż świętego.

Uroczyste poświęcenie kaplicy odbyło się 27 sierpnia 1916 r. Był to już grunt dla tworzenia nowej parafii.


1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   14


База данных защищена авторским правом ©shkola.of.by 2016
звярнуцца да адміністрацыі

    Галоўная старонка