Na biograficzno-geograficznym szlaku Józefa Mackiewicza Kiedyś, na wieczną pamiątkę dyrektora „Poleskich Żelieznych Dorog”




старонка14/14
Дата канвертавання28.04.2016
Памер0.67 Mb.
1   ...   6   7   8   9   10   11   12   13   14

Rzecz o zgryzocie i ołowianej wodzie

W „Drodze donikąd” do uciekającego przed wywózką Pawła, mówi przypadkowo napotkany w Puszczy Rudnickiej chłop:

Ot, wiesz, nieochota pod sowiecką władzą żyć. Straszno.

Straszno?

Straszno. [...] To znaczy, jakby to powiedzieć... Przykładem siedzimy teraz w puszczy, a naokoło las czarny, noc, tylko sowy krzyczon. Strach z tego nieduży, ale choćby mały, a zawsze strach. Ale to nie ten strach... Nie tego gatunku. Bo jest taki, że człowiek nie umierać się boi, a żyć. Bywa tak w życiu. Zdaje się jednego dnia nic takiego i nie stało się, i jeść masz co, i spać gdzie, i tych pieniędzy kilka groszy, i żywioły w chlewie nakarmione, a wyjdziesz z chaty, spojrzysz w pole czyli w niebo, i jakby jakaś nudność człowieka za gardło chwyta. Bywa tak, nie?

Bywa – odparł Paweł.

No, właśnie. Podobnie choroba. Różne są i nawet niektóre bolesne. [...] Ale bywa taka choroba, zdaje się, bol-nie-boli, a nawet jeżeli boli, to nie od bólu, ale taka straszna nudność nachodzi i gryzie, i człowiek sechnie nie wiedzieć od czego. A doktor, uczony człowiek, a tego nie rozumie... Może czasem znachor jaki, ale też rzadko, żeby wykrył samą tę główną przyczynę. Dlatego każdy teraz przy sowietach chodzi wszystko równo jak kwaśne jabłko zjadłszy, różnych przyczyn dopatruje się, a głównej zrozumieć nie może. A ta przyczyna, to i jest: zgryzota.

[...] Na przykład mój teść, wieczny jemu pokój, umarł jak raz w tamta wojna, ale przy życiu miał gospodarka i jeziorko dzierżawił. Niewielczeńkie takie jeziorko. No, ale jednym słowem gospodarz i rybak. To pamiętam jeszcze, młodym będąc, wyjdziesz o świtaniu, spojrzysz w woda, a ona jakaści sina, jak przymierzając u człowieka palce zmarźnięte; a później robi się różowa... a później taka jasna, jasna; w słońcu w południe jak monstrancja świeci... no tak. A gdzie w cieniu, tam zielona jak liść, a pod wieczór znowu inna... jednym słowem, co ja tu będę opowiadał, różna. Pod deszczem znowu robi się jak ten ołów i ciężka zda się, nieprzenikniona, woda, rozumie pan? No, a teraz weź zrobić z tego jeziora, żeby ono było i rankiem ołowiane, i o zachodzie, i o wschodzie, i na deszczu, zawsze tylko pod ten sam ołów, i będziesz wiedział, że już nigdy a nigdy nie zmieni się. To, powiedzieć prawda, ja bym przy takim jeziorze mieszkać nie chciał, niechby w nim ryby, choć rękami czerp!

Paweł (alter ego Józefa Mackiewicza) i ks. Michał Sopoćko uciekali przed aresztowaniem, wywózką. Byli na to skazani. Pierwszy za to, że dusiła go „ta zgryzota” i że nie mógł żyć „widokiem tego ołowianego jeziora”. Drugi – że pouczał ludzi jak tę zgryzotę, rozpacz mają w sobie zwalczać, jak zaufać Bogu...



Promieniował wewnętrzną czystością

„Wielką próbą wiary i duchowej dojrzałości ks. Sopoćki był czas wojny i okupacji. Wyszedł z niej bardziej zahartowany w wierze i ufności Bogu, ugruntowany w wartościach, które wyznawał i którymi żył. Wojenne doświadczenia, z charakterystycznymi dla nich wyzwaniami co do wierności Bogu i ewangelicznym zasadom życia, jeszcze bardziej uszlachetniły jego osobę”. (ks. Henryk Ciereszko)

Przez osoby stykające się z nim w tym czasie uważany był za „człowieka Bożego”, „świątobliwego” i „cnotliwego”, za uduchowionego kapłana, cieszącego się bardzo pozytywnymi opiniami zarówno u duchownych, jak i świeckich. Zauważało się, że górował nad innymi swą postawą chrześcijańską. Promieniował na otoczenie pokorą, wewnętrzną czystością. Siostry zakonne i osoby, które miały możliwość spotykania się z ks. Sopoćką podczas jego ukrywania się w Czarnym Borze zostawiły piękne świadectwo o jego życiu religijnym i tym zwyczajnym, powszednim – jako „stolarza”, „cieśli”, „Wacława Rodziewicza”.

Dlaczego nie ulice im. Józefa Mackiewicza i błogosławionego Michała Sopoćki?

W Czarnym Borze niewiele zostało z tamtych czasów domów. Może w którymś z nich mieszkali powieściowi Rojkiewiczowie, Rymaszewscy, Drużko, Franciszek spod lasu i in. Zachował się stary budynek, w którym mieści się szkoła. To w niej pracowała nauczycielka Idalia Żyłowska, którą ten i ów (ta i owa) z jej dawnych uczniów jeszcze pamięta. Wiedzą, że była młodszą córką pisarza Józefa Mackiewicza. O nim samym, jego powieściach mają wiedzę szczątkową. Nie docierały tu za sowieckich czasów, a i obecnie. Chyba, że z Anglii, albo z Polski ktoś przywiezie, bądź pocztą prześle. (Ostatnio „Droga donikąd” ukazała się w przekładzie na litewski). O tym, że ks. Michał Sopoćko ukrywał się w obecnym domu Raczków – dowiedzieli się obecnie, w Anno Domini 2009. („Nawet stare, z tamtych czasów cztery lichtarze półmetrowej wysokości się zachowały” – mówi Janina Raczko).

Józef Mackiewicz i ks. prof. błogosławiony Michał Sopoćko. Dwie wybitne postaci. Nazwiska, z których Czarny Bór może być szczególnie dumny. Ale do tej pory nieupamiętnione. Nie ma na tych domach żadnych tablic memoratywnych. (Naturalnie, zależy to od dobrej woli ich obecnych właścicieli). W latach ostatnich w Czarnym Borze wprowadzono nazwy ulic, których wcześniej w ogóle nie było. Dom, w którym ukrywał się ks. Michał Sopoćko znalazł się w ten sposób przy spreparowanej ulicy Sadowej (Sodu gatve). Dlaczego nie nazwać ją ulicą błogosławionego Michała Sopoćki? Odpowiednio – dlaczego nie zaistniała w Czarnym Borze ulica im. Józefa Mackiewicza?

...Listopad 2009. Opadają z drzew liście, pada deszcz, wieją ostre wiatry... Co nowego nawieją, jakie wniosą tu zmiany?

Pięknie pisał o listopadzie Józef Mackiewicz.

Okres, w którym liście opadają w tym kraju z drzew, łączy się zazwyczaj z okresem wiatrów. Gdy idzie się z wiatrem, liście biegną z tyłu; gdy się wychodzi, odchodzi z domu, są one jak wierne pieski, które toczą się po ziemi, odprowadzając kawałek drogi na ostatnie pożegnanie, czy też jak oswojone ptaszki, pisklęta rude, żółte, brązowe, śmieszne i niezgrabnie podskakujące wydłużanym stadem i czepiające się cholew albo nogawic spodni. Wiatr zadmie i w swym dziecinnym ferworze liście jesienne robią minę, jakby nigdy nie miały zamiaru opuścić podróżnego, a owszem toczyć się za nim aż na kraj świata, a nawet zawadiacko wyprzedzają go na ścieżce. Zwłaszcza liście klonowe na swych pogiętych nóżkach okręcają się młynkiem i wyczyniają tyle szmeru, że ścieżka wydaje się być żywą. Wierzyć im jednak nie można. Cała hałastra zatrzyma się nagle i układa w błocie na płask.

Ale raptowny, jesienny wiatr przeskakuje na lewo. Paweł, nastawiając od tej strony kołnierz palta, nie mógł się oprzeć wewnętrznemu uśmiechowi, gdy widział, że liście, które go zoczyły z tamtej strony drogi, zrywają się i pędzą w ukos poprzez koleiny, doganiając go wyciągniętą kolumną, zawsze z jakimś większym liściem jak oficerem na przodzie, tylko po to, by powiedzieć: do widzenia.

Wszystko to są jednak czułości na niby. Ileż to razy w życiu podnosił Paweł jakiś wyjątkowo piękny liść, w pierwszym odruchu postanawiając przechować go na pamiątkę, a nigdy do tego nie doszło. Po prostu pokręcił go za łodyżkę i rzucił. A ktoś, kto szedł z tyłu nadeptał albo i kołem przejechał. Bo to się tylko mówi o wzajemnej miłości między człowiekiem i krajobrazem, a w gruncie bujda to wszystko. I cóż to może być za miłość pomiędzy na przykład Pawłem i liściem? Fiuu! Wiatr jesienny i tyle; chmury nad drzewami i drzewa, które można mieć w słusznym podejrzeniu, że szumią tak samo wrogowi jak swemu. [...]

[...] I znowu liście biegną z tyłu.

– Do widzenia. Przyjedzie pani jeszcze kiedyś do Czarnego Boru? – zapytują mnie miejscowi ludzie. – Napisze pani o córce Józefa Mackiewicza, Idalii Żyłowskiej, mamy tyle do opowiadań – zapytują jej koleżanki oraz rodzina, osoby, które były bliżej z nią zaznajomione.



Może kiedyś przyjadę. Gdy inne wiatry powieją... Może...
1   ...   6   7   8   9   10   11   12   13   14


База данных защищена авторским правом ©shkola.of.by 2016
звярнуцца да адміністрацыі

    Галоўная старонка