Józef Gurgul




Дата канвертавання25.04.2016
Памер58.62 Kb.

Recenzja książki S. Milewskiego i A. Redzika

Józef Gurgul

Recenzja książki Stanisława Milewskiego i Adama Redzika, Themis i Pheme. Czasopiśmiennictwo prawnicze w Polsce do roku 1939, Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2011, s. 658

Historię „należy podlewać i pielęgnować. Cierpliwie, z pokorą i miłością”1. Bez przeszłości wszak niekompletna jest kulturowa i zawodowa tożsamość każdego człowieka, a więc – prawnika także. Stąd warto poznawać i doceniać dowody kreatywności poprzedników, które mogą zachęcać do nowych poszukiwań, ułatwiać odkrywanie istoty własnego postępowania i motywować do rozwijania tego, co w nim wartościowe. Z tego punktu widzenia nie sposób nie pochwalać wyboru tematu niniejszej książki, wypełniającej istotną lukę w wiedzy o polskim czasopiśmiennictwie prawniczym na ziemiach I i II Rzeczpospolitej. Jej (tzn. książki) Autorzy ze znawstwem rzeczy przywracają pamięć lub ocalają od zapomnienia to, co w dokonaniach ówczesnych jurystów powinno się naśladować w czasach, w których coraz trudniej uzyskać odpowiedź na pytanie, co jest prawe, a co niegodziwe.

Opiniowane dzieło stanowi dojrzały owoc olbrzymiego nakładu pracy badawczej. Podług osobistych upodobań dokonując selekcji jego zalet, myślę o kuszeniu do lektury niezwykle pożytecznej i przyjemnej, aczkolwiek wymagającej skupienia uwagi na istnej gęstwinie nazwisk, nazw i rzeczowych wątków narracji.

S. Milewski i A. Redzik prezentują wyniki analiz takich źródeł, jak: a) czasopisma ukazujące się w okresie od XVIII wieku do wybuchu wojny w roku 1939, b) archiwalia polskie, litewskie, ukraińskie, a nawet brytyjskie, gdyż, np., unikalny zeszyt wydanego w roku 1943 w Jerozolimie „Głosu Prawników Polskich” znajduje się właśnie w Londynie w tamtejszej The Polish Library (s. 500), c) bibliografia wyszczególniona na stronach 152–155 oraz 511–525.

Pewne wyobrażenie o intelektualnej aktywności niegdysiejszych prawników i pośrednio o rozmachu przeprowadzonych badań przez obu Autorów świadczy choćby „Indeks osób”, gdzie pod literą, na przykład, „B” widnieją aż 223 nazwiska (s. 595–600). Albo „Indeks tytułów czasopism”, w którym pod literami (znowu przykładowo) „K” i „P” figurują odpowiednio 31 i 122 pozycje literatury (s. 643, 646–650). Wypada również nadmienić, że niektóre z owych czasopism były wydawane przez okres nawet kilkudziesięciu lat. Przy czym, sporo, żeby nie powiedzieć najwięcej z tego, co nadal jest atrakcyjne dla praktyków i teoretyków prawa, zaczynało się i trwało we Lwowie. Złożyło się na to wiele różnorakich czynników, w tym genius loci miasta na Pełtwią.

Także z rozlicznych powodów specjalne znaczenie przedstawiają takie tytuły, jak: dwa lwowskie „Przegląd Sądowy i Administracyjny” (1876–1891) oraz „Przegląd Prawa i Administracji” (1892–1939), „Gazeta Sądowa Warszawska” (1873–1939), krakowskie „Czasopismo Prawnicze i Ekonomiczne” (1900–1939, 1945), poznański „Ruch Prawniczy, Ekonomiczny i Socjologiczny” (1921–1939) i – w dużym stopniu Kresom poświęcony – „Wileński Przegląd Prawniczy” (1921–1939). Mając na oku z jednej strony integracyjny kontekst korporacji prawniczych, a z drugiej obecne ich zasklepianie w osobnych skorupach, trudno powstrzymać się przed wskazaniem swoistego fenomenu w postaci zawiązania Zrzeszenia Sędziów i Prokuratorów RP. W Krakowie wydawało „Przegląd Sądowy” (od 1921, z przerwami do 1939), we Lwowie „Czasopismo Krajowe Związku Sędziów we Lwowie” (1909–1914) i „Czasopismo Sędziowskie” (1927–1939) oraz w Warszawie „Głos Sądownictwa” (1929–1939). I, co istotne, bez względu na nazwę poszczególne periodyki redagowali solidarnie sędziowie i prokuratorzy (s. 402–419),

Zestaw przeanalizowanych pozycji piśmienniczych jest rzeczywiście imponujący, niemniej sami Autorzy nie uważają go za zamknięty. I słusznie, bowiem w „Indeksie tytułów...” nie ma np. „Lwowskiego Tygodnika Lekarskiego” (por. s. 644). W egzemplarzu z dnia 23 sierpnia 1936 r. J. Fels zamieścił interesujący, a dla doświadczonego praktyka śledczego przesadnie optymistyczny materiał. Otóż po zbadaniu 720 przypadków samobójstw stwierdził, jakoby zarówno psychologiczne, jak też sądowo-lekarskie aspekty samobójstwa zostały już dokładnie poznane. A tak do dzisiaj nie jest. W „Bibliografii” zaś odczuwam pewien niedosyt z powodu powołania tylko jednej pozycji Stanisława Grodziskiego. Brak mi zwłaszcza „Studiów Galicyjskich”, Księgarnia Akademicka, Kraków 2007.

Omawiana monografia składa się zasadniczo z dwóch części. Pierwszą przygotował prekursor tych badań, Stanisław Milewski, omawiający chronologicznie uporządkowane publikacje z wieków XVIII i XIX oraz z początków XX (s. 35–155). Druga, zbudowana według kryterium rzeczowego, wyszła spod pióra Adama Redzika (s. 159–525), a całość dopełniają: „Wykaz wybranych skrótów”, „Wprowadzenie” (s. 17–31), „Wstęp” (s. 159–161), anglojęzyczne podsumowanie (s. 657 i 658), wyżej wspomniane: „Indeks osób” (s. 597–635) oraz „Indeks tytułów czasopism” (s. 636–656) i b. obfite „Przypisy”, zawierające mnóstwo cennych danych (s. 527–596).

Język oraz konstrukcja okazałej książki są nienaganne, przejrzyste, sprzyjające studiowaniu i zrozumieniu jej treści. Pewną niedogodność jednakże stwarza niefortunne zamieszczenie „Przypisów” dopiero po obu częściach pracy, co się wiąże z potrzebą częstego odrywania oczu od tekstu głównego, by zajrzeć do odległych kart po dodatkowe, zarazem sensowne informacje. Przygotowując następne wydanie „Themis i Pheme” ten dyskomfort warto by zlikwidować.

Tę książkę można na wiele sposobów odczytywać i komentować. Wyzwala bowiem rozmaite skojarzenia i emocje, niewolne od pokoleniowych związków i ocen, chociażby z tej przyczyny, że generacja np. recenzenta miała możliwości bezpośredniego stykania się z niektórymi bohaterami czy zdarzeniami, o których Autorzy piszą. Do pewnych kwestii wyraźnie zechcę się odnieść.

Trafnie uwypuklono dalekowzroczność publikacyjnych i organizacyjnych przedsięwzięć prawników okresu zwłaszcza rozbiorowego. Ani śladu zaściankowości. Oni działali z perspektywą odrodzonej Polski w tle i z troską o prestiż prawa oraz wykonywanych zawodów. Podkreślenia wymaga pielęgnowanie języka Narodu podzielonego kordonami zaborów. Przykładem tych tendencji mogą być starania lwowskiego „Prawnika” o zawiązanie towarzystwa łączącego ogół prawników niezależnie od miejsca zamieszkiwania. Dyskutowano zwłaszcza „wskrzeszenie i rozwinięcie nauki prawa, o zebraniu rozstrzelonych po całym obszarze ojczyzny (tak, Ojczyzny! – dop. autora) sił, o potrzebie wymiany myśli” (s. 89 i 90).

Spełnieniu tych ideałów dedykowano m.in. odbyty w roku 1888 I Zjazd Prawników i Ekonomistów Polskich (s. 75 i 76), podczas którego wobec ludzi nauki Europy akcentowano przynależność narodową. Przypominano też światu, że istnieje pozbawiony państwowości naród (s. 112 i passim). Jedność ziem polskich tudzież społeczne i polityczne znaczenie adwokatury podkreślano także na zorganizowanym w czerwcu 1914 r. we Lwowie I Zjeździe Adwokatów Polskich (s. 378 i 379). Ponadto, dawało o sobie znać otwarcie na Europę, co współczesnym powinno sugerować coś do myślenia.

Stosując optykę dzisiejszego stanu rzeczy, warto by zwrócić uwagę na ówczesne, ugruntowane trendy w łączeniu członków korporacji prawniczych w ideowe jedno. Gdzież dzisiaj, w jakim periodyku byłby do pomyślenia odredakcyjny artykuł, w którym, jak w numerze 3 z roku 1910 „Czasopisma Krajowego Związku Sędziów we Lwowie”, expressis verbis by napisano, że: „Od dawien dawna ustaliło się zdanie, że sędzia, prokurator i obrońca stanowią trójkąt równoboczny, w którym wszystkie trzy ramiona razem się podpierają i wzajemnie równomiernie przyczyniają się do wymiaru sprawiedliwości” (s. 402).

Symptomatyczna jest, moim zdaniem, celowo przez A. Redzika przypomniana samoocena wielozawodowego zespołu redakcyjnego. „Równoboczność” trójkąta tworzonego przez sędziego, prokuratora i adwokata była wyrazem faktu, że pisali to prawnicy wspaniale wykształceni na uniwersytetach krajowych i często też na renomowanych zagranicznych (francuskich, niemieckich, włoskich i in.). Pisali tak ci, którzy – oprócz starannego studiowania dzieł z dziedziny dogmatyki prawa – potrafili czytać, smakować i wzbogacać osobistą kulturę także tekstami L. Wachholza, na przykład: „Szekspir a medycyna sądowa” (Przegląd Lekarski 1911, nr 28) czy „Medycyna a poezja” (Polska Gazeta Lekarska 1934, nr 51), albo S. Gołąba poświęconymi rozważaniom na temat winy w „Warszawiance” i „Nocy Listopadowej” Wyspiańskiego (Głos Prawa 1931, nr 5). Profesorowie Wachholz i Gołąb odpowiadali na zróżnicowane oczekiwania prawników, w zaspokojeniu których upatrywali sposób na budowanie prestiżu zawodowego bez łudzenia się, że z samej natury jest on związany z przynależnością do danej korporacji. Co poniektórym wciąż się jeszcze wydaje.

Scalające, ponaddzielnicowe patrzenie na sprawy miało swój ciąg dalszy w składzie osobowym i organizacji Komisji Kodyfikacyjnej RP w 1919 r. Wprost iskrzą w nim nazwiska sławnych luminarzy teorii i praktyki prawa. Dość powiedzieć, że prezydentem tego gremium został prof. Franciszek Ksawery Fierich z Krakowa, a nominacje na wiceprezydentów otrzymali: prof. Ernest Till ze Lwowa, Stanisław Bukowiecki z Prokuratorii Generalnej w Warszawie oraz adwokat Ludwik Cichowicz z Poznania2.

Wertujący karty „Themis i Pheme” raz po raz napotyka na ciekawostki dowodzące, że nasi poprzednicy wybiegali myślami daleko w przyszłość także w kwestiach gospodarczych. Oto prof. UW Franciszek Ksawery Szaniawski w „Uwagach o sukcesjach” w „Themis Polskiej” z marca 1830 r. ostrzegał przed szkodliwością zbytniego rozdrobnienia majątku spadkowego, które automatycznie kojarzą się z ratio legis art. 1058 i nast. Kodeksu cywilnego (s. 55, 56 i in.). A więc nihil novi. W latach 1916–1917 A. Mogilnicki, J. Kankowski, L. Babiński i inni z dużą pieczołowitością oraz znawstwem przygotowywali i w „Gazecie Sądowej Warszawskiej” publikowali projekty ustawodawstwa handlowego czy bankowego, niezbędne dla funkcjonowania odrodzonej Polski (s. 188, 212 i passim). W zeszycie nr 1 organu Zrzeszenia Sędziów i Prokuratorów, czyli „Przeglądu Sądowego” z roku 1919, przyjęto jako aksjomat, że „pierwsi sędziowie i prokuratorowie polscy po latach niewoli stanąć winni ramię przy ramieniu obok innych zawodów, szerząc zamiłowanie do ładu i porządku” (...) itd. (s. 405). Bez wywyższania się, nie osobno, lecz razem, bo tego wymagał i wymaga interes wymiaru sprawiedliwości.

Choćby przez wzgląd na pamięć o Jerzym Gedroyciu i Jego wizjach Europy Wschodniej godne odnotowania są przejawy zainteresowania ustawodawstwem Ukraińskiej Republiki Ludowej w 1918 r. (s. 213), a tym bardziej doniosły wkład polskich Wydziałów Prawa Uniwersytetów Krakowa, Lublina, Lwowa, Poznania, Warszawy i Wilna w organizację i naukową stronę I Zjazdu Prawników Państw Słowiańskich w Bratysławie wiosną 1933 r. (s. 381).

W otwartym ciągu chlubnych kart historii prawników polskich niepodobna przeoczyć, że m.in. „Głos Sądownictwa” z 1928 r. uznał, iż szczytne zadania „organu polskich sędziów i prokuratorów” skłaniają do konsolidowania tego środowiska, aby mocno protestowało przeciwko zawieszeniu nieusuwalności sędziów po przewrocie majowym w 1926 r. (s. 412 i 413).

Fakt, że w omawianych, niełatwych czasach wydawano około 100 tytułów, że organizowano wiele zjazdów i konferencji z udziałem prawników ze wszystkich zaborów, a potem całej Polski, był do pomyślenia tylko dzięki bezinteresowności uczestników, piszących i wydawców. W spotkaniach brali udział na swój koszt, nie pobierali honorariów za publikacje, a zwłaszcza adwokaci indywidualnie utrzymywali wydawnictwa licznych periodyków. Przy okazji Autorzy książki odświeżyli w pamięci Współczesnych niezwykle zasłużone oficyny, jak: Księgarnia Fryderyka Hoesicka, Księgarnia Powszechna Wydawnictwa Leona Frommera w Krakowie, Gebethnera i Wolffa w Warszawie, Gabrynowicza i syna we Lwowie itp. S. Milewski i A. Redzik wywołują u czytelników mego pokolenia niekłamane wzruszenie, inspirujące do wodzenia palcem po mapie od Buczacza, Głębokiego i innych miasteczek na wschodzie po Żory czy Chojnice na zachodzie, żeby na nowo odkryć i zapamiętać różnorakie, pełne folkloru minimiasteczka – Nowe Sioło, Podbuże, Załuśce, Ciężkowice, Dynów itd., siedziby dawnych sądów grodzkich, a jednocześnie znanych z czasopiśmiennictwa prawniczego sędziów, adwokatów, notariuszy, adiunktów sądowych.

Oczywiście, w przeszłości odwzorowanej w „Themis i Pheme” są rzeczy rodzące sprzeczne uczucia lub wymagające doprecyzowania i są też aktorzy, których portrety należy uzupełnić kilkoma kreskami. Do takich zdarzeń można zaliczyć pisarstwo adw. Józefa Rosenblatta, który już pod koniec XIX wieku w „Przeglądzie Sądowym i Administracyjnym” postulował unowocześnienie więzień i wykonania kary. Więcej, przekonywał do pomysłu wydania ustawy o wykonaniu kary, zrealizowanego w Polsce dopiero w 1969 r., to jest z chwilą ukazania się Kodeksu karnego wykonawczego. Z drugiej strony tenże, skądinąd światły Rosenblatt w roku 1888 opowiadał się za wprowadzeniem kary chłosty (s. 106 i 107).

Zgoła inna sprawa, że w tym pomyśle nie był chyba odosobniony, względnie nierealistyczny, skoro w roku 1938 w Krakowie, Nakładem Zrzeszenia Asesorów i Aplikantów Sądowych w Krakowie – Skład główny w Księgarniach Gebethnera i Wolffa znalazła się książka Stanisława Merczyńskiego pt. „Czy wprowadzić w Polsce karę chłosty?”. W książce sformułował zasady ustawy wprowadzającej ten rodzaj kary, która – jego zdaniem – powinna być wykonywana niepublicznie w obecności lekarza, przy czym sąd w wyroku określi ilość plag i narzędzie ich zadawania. Mając świadomość kontrowersyjności problemu, S. Merczyński kończy rozważania miarkującą uwagą, że karę chłosty można wprowadzić w Polsce jedynie jako ostateczność, w razie stwierdzenia, iż dotychczas stosowane środki karne nie zdołają powstrzymać dalszego wzrostu przestępczości (s. 37–39).

Acz rzadko, zdarzały się jeszcze inne mniej lub bardziej wstydliwe publikacje, jak choćby krakowskiego Alfreda Lutwaka, artykuł „Uderzenie na alarm” w „Głosie Adwokatów”, namiętnie w latach trzydziestych XX wieku sprzeciwiającego się dopuszczaniu kobiet do adwokatury. Ciekawe, jego lwowski imiennik, Anzelm Lutwak w tym samym czasie pisał, że wśród licznych adeptek do tego zawodu „spotykał już takie, którym niejeden adwokat mógłby talentu i wiedzy prawniczej pozazdrościć” (s. 356 i 357). Gorzej, że w przededniu II wojny światowej, szczególnie w organie Związku Akademickich Kół Prawniczych i Ekonomicznych RP „Prawo” nasiliły się postawy skrajnie narodowe i katolickie oraz antysemickie. Adw. Juliusz Sas-Wisłocki pisał zdecydowanie: „domagamy się podziału na adwokatów nieżydów i obrońców żydowskich (lewitów)” (s. 464–465).

S. Milewski i A. Redzik w sposób wysoce wyważony oceniają osoby i zdarzenia. Wszelako nawet im nie udało się – jakkolwiek tylko wyjątkowo – uniknąć drobnych nieścisłości. Na s. 107 odnajduję wzmiankę o dr. Henryku Kowalskim, dyrektorze szpitala w Tarnowie, publikującym w „Przeglądzie Sądowym i Administracyjnym” w roku 1881 fragment większej pracy „O uszkodzeniach cielesnych ze stanowiska sądowo-lekarskiego”. Ten fragment to cząstka pionierskiego dzieła „O korzyściach nabywania nauki medycyny sądowej przez prawników i o potrzebie utworzenia stałych posad egzaminowanych lekarzy sądowych przy c.k. sądach krajowych i obwodowych”. Autor części I, chyba siłą bezwładu, napisał, że w roku 1893 wydano je we Lwowie, co może być usprawiedliwione okolicznością, że wtedy, jeśli w dziedzinie nauk sądowych coś znaczącego się działo, to najczęściej we Lwowie. Tymczasem niezbyt duża rozmiarami (liczyła 66 stron druku), ale poznawczo istotna pozycja ukazała się wprawdzie w roku 1893, lecz nie we Lwowie, a w Tarnowie staraniem Drukarni Józefa Styrny. Warto dodać, że dwa lata wcześniej, w 1881 r. także w Tarnowie z Drukarni Józefa Pisza wyszła druga, 43-stronicowa książeczka tego samego autora, zatytułowana „O podbiegnięciach krwi. Ze stanowiska sądowo-lekarskiego”. Niechybnie obie publikacje są warte przypominania z trzech powodów.

Po pierwsze, rozprawa „O podbiegnięciach...” była nowatorska w treści i metodzie. Dr Kowalski był niewątpliwie jednym z tych w Europie, którzy tworzyli eksperymentalny etap paradygmatu medycyny sądowej i kryminalistyki. On, konkretnie, prowadził badania doświadczalne nad patomechanizmem śmierci z uduszenia. Po drugie, w treściwym dziełku „O korzyściach...” sugestywnie przekonywał prawników do korzystania z dorobku i biegłych z zakresu medycyny sądowej oraz na przykładach imiennie wymienianych tarnowskich sędziów oraz prokuratorów ukazał, że relacje prawnika z medykiem sądowym mogą być układane na zasadach partnerstwa. Po trzecie, dr Kowalski to niezmiernie ciekawa postać. Wychowanek Wydziału Lekarskiego UJ, powstaniec 1863 r., płodny autor, był cenionym, naukowo dynamicznym, znawcą medycyny sądowej, biegłym sądowym. Za potwierdzenie jego osiągnięć można uznać, jak sądzę, współautorstwo z prof. L. Wachholzem referatu „O potrzebie utworzenia stałych posad lekarzy sądowych” wygłoszonego na forum VII Zjazdu Lekarzy i Przyrodników Polskich we Lwowie w dniach 23–26 czerwca 1894 r.3.

Chcąc nie chcąc, zahaczyłem więc o biografie autorów, redaktorów i wydawców czasopism prawniczych. W „Themis i Pheme” rojno od notek biograficznych tychże. Obok wybitnych prawników swoje prace ogłaszali liczni przedstawiciele nauk pomostowych, w tym cieszący się wielką sławą: prof. Leon Blumenstock-Halban (UJ Kraków), prof. Włodzimierz Sieradzki (UJK Lwów), prof. Sergiusz Schelling-Siengalewicz (USB Wilno), prof. Wiktor Grzywo-Dąbrowski (UJP Warszawa), doc. Witold Łuniewski (dyrektor szpitala psychiatrycznego w Tworkach), płk dr med. Jan Władysław Nelken (Służba Zdrowia Wojska Polskiego) i wielu innych (por. Indeks osób).

Powołane okoliczności dowodzą, po pierwsze, istnienia od zawsze nierozerwalnych związków medycyny sądowej, psychiatrii sądowej, toksykologii sądowej itp. dyscyplin specjalnych z nauką i praktyką stosowania prawa. I, co chyba najważniejsze, ewidentnie świadczy również o tym, że redagujący poszczególne tytuły sędziowie, prokuratorzy i adwokaci osobiście doceniali procesową rolę tych dziedzin wiedzy w procesie karnym i cywilnym. Zapewne też, pozyskując autorów spoza prawniczych środowisk, odpowiadali bezsprzecznie na zapotrzebowanie potencjalnych czytelników.

Zwięzłe portretowanie w recenzowanej książce licznych postaci w wielu przypadkach domaga się uzupełnień, bo z jednej strony chodzi o osoby niezwykłe pod względem dokonań i dramatycznych przeżyć, a z drugiej – o czasy oraz wydarzenia, które pewne życiorysy sadowią niezmiernie wysoko w pamięci potomnych. Dorzucenie dodatkowych kresek do przynajmniej niektórych biografii może czynić zadość maksymie suum cuique oraz historycznej prawdzie. Przykładowo rzecz biorąc, przy nazwiskach profesorów UJ L. Wachholza i J. S. Olbrychta zaznaczyłbym, że wraz z innymi uczonymi z UJ w listopadzie 1939 r. zostali przez Niemców aresztowani i osadzeni w KZ Sachsenhausen. W lutym 1945 r. natomiast Sowieci zesłali na poniewierkę i cierpienia uczonych z UJK we Lwowie, w tym profesorów Juliusza Makarewicza i Kazimierza Przybyłowskiego, do obozu „kontrolno-filtracyj-nego” przy kopalni węgla w Krasnodonie. Przy nazwiskach profesorów UJK, wybitnym cywiliście Romanie Longchamps de Berier i niemniej wielkim medyku sądowym Włodzimierzu Sieradzkim obowiązkowo dopisałbym, że wraz z innymi 21. profesorami z rozkazu dowódcy Policji i Służby Bezpieczeństwa w Generalnej Guberni gen. Eberharda Schongartha zostali rozstrzelani w nocy z 3/4 lipca 1941 r. na Wzgórzach Wuleckich we Lwowie4.

Katyń wreszcie, jako miejsce pochówku pomordowanych przez NKWD polskich jeńców wojennych, to hasło kształtujące również naszą, prawniczą tożsamość. Tamtejsze groby bowiem kryją szczątki także prawników w oficerskich mundurach. Stąd może razić, że przy nazwisku (np.) Prezesa Izby Cywilnej Sądu Najwyższego, prokuratora tegoż Sądu, członka Komisji Kodyfikacyjnej Rzeczypospolitej Polskiej i szeregu redakcji czasopism prawniczych, Bolesława Pohoreckiego, a właściwie Bolesława Norberta Pohoreckiego (por. s. 219, 336, 382, 488, 549 i 591) nie ma wzmianki właśnie o Katyniu. Prof. Stanisław Grodziski już w roku 1981, w czasach milczenia o tej zbrodni, napisał w Czasopiśmie Prawno-Historycznym (nr 1): „Bolesław Pohorecki zginął w Katyniu w 1940 r.5. Tyle, i aż tyle!

Z kolei o Stanisławie Świaniewiczu dowiadujemy się z „Themis i Pheme”, że był sekretarzem Rocznika Prawniczego Wileńskiego (s. 198), że był autorem artykułów (zob. m.in. s. 200), ale brak czegoś – nie waham się powiedzieć – czegoś może najważniejszego. Brakuje informacji, że prof. Stanisław Świaniewicz w dniu 29/30 kwietnia 1940 r. jako jedyny polski oficer został wyłączony na stacji Gniezdowo, czyli u wrót Katynia, z transportu przeznaczonych do zamordowania. Dzięki temu Polska i świat miały unikalnego świadka tajemnic obozowego życia w Kozielsku i, mutatis mutandis, jego tragicznego finału6.

Godzi się ponadto zauważyć, że znamienici prawnicy, twórcy, redaktorzy i wydawcy zasilali szeregi Armii Krajowej (np. Ludwik Ehrlich) i Polskie Siły Zbrojne na Zachodzie (niektórych spotykałem na salach rozpraw w Przemyślu, Krakowie i innych miastach), więc bez kresu można by o tym rozprawiać. Generalnie pozytywnemu obrazowi już nieobecnej generacji nie powinien zaszkodzić odosobniony incydent nikczemnej postawy prof. Zygmunta Klemensa Cybichowskiego, który podjął się haniebnej współpracy z niemieckim okupantem (s. 476 i 477). Ujawnienie tego faktu oceniam jako jeden z przejawów naukowej rzetelności Autorów opiniowanej książki.

Jak powszechnie wiadomo, prof. UJP w Warszawie, Wiktor Grzywo-Dąbrowski, należał do ścisłej czołówki uczonych medyków sądowych w Polsce. Znakomity człowiek, autor podręczników uniwersyteckich i w wielu poważnych sprawach biegły sądowy. Nazywanie go jednakże „ojcem polskiej medycyny sądowej” (s. 301) kłóci się z jednoznaczną rzeczywistością. Nie ulega wszak wątpliwości, że katedra medycyny sądowej na Uniwersytecie Jagiellońskim powstała w roku 18047. Prof. Wiktor Grzywo-Dąbrowski urodził się 15 sierpnia 1885 r. (s. 300) i po ukończeniu studiów nie od razu zajął się medycyną sądową. Co oczywiście nie umniejsza jego zasług naukowych.

W końcu nęci, żeby się podzielić bardzo osobistą refleksją. W latach 1947–1951 jako student Wydziału Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego miałem szczęście i zaszczyt słuchać wykładów i zdawać egzaminy przeprowadzane przez goszczących na kartach niniejszej książki, autorów publikacji w niej wymienianych: Wacława Osuchowskiego, Ludwika Ehrlicha, Adama Krzyżanowskiego, Kazimierza Przybyłowskiego, Adama Vetulaniego, Tadeusza Dziurzyńskiego, Jana S. Olbrychta, Konstantego i Stefana Grzybowskich, Władysława Siedleckiego, Jerzego Lande, Tadeusza Silnickiego, Władysława Woltera.... Wszyscy byli dostępni dla studentów, zawsze skorzy do udzielania im rad i wyjaśnień. Niektórzy, jak np. prof. Osuchowski, począwszy od drugiego trymestru pierwszego roku studiów, osobiście prowadzili proseminarium (w tym przypadku z prawa rzymskiego). Miałem przyjemność i po trosze przywilej uczestniczenia w tych spotkaniach z Profesorem, które wiele nas nauczyły. Jeszcze innych, przez S. Milewskiego i A. Redzika eksponowanych, prawników spotykałem jako (starszych!) kolegów w prokuraturze (m.in. Jerzy Sztumpf, Mirosław Kulesza), jako sędziów (np. sędzia SN Zygmunt Kapitaniak), adwokatów (np. dr Adolf Liebeskind) czy biegłych (np. prof. Bolesław Popielski).

Do treści „Themis i Pheme” wciąż dopowiadam, że dzięki autorom, redaktorom i wydawcom odnośnych czasopism prawniczych moje pokolenie prawników nie musiało zaczynać wszystkiego od nowa. Często wystarczyło zajrzeć do dawnych tekstów lub posłuchać „przedwojennych” uczonych jurystów, medyków sądowych, kryminalistyków względnie psychiatrów sądowych, by mniej błądzić, a niekiedy także o krok pójść do przodu. To, co szczególnie wartościowe w dorobku publikacyjnym, przybliżonym przez S. Milewskiego i A. Redzika, to także uprzytomnienie prawdy, że wiedza, doświadczenie i nawyki sędziego, prokuratora i adwokata nie są konkurencyjne. One bowiem nawzajem przede wszystkim się uzupełniają.

Żeby się o tym przekonać i nabrać chęci do studiowania niezwykle ciekawych i mądrych śladów danego czasopiśmiennictwa prawniczego, tę książkę koniecznie trzeba przeczytać. Każdy znajdzie w niej coś inspirującego do doskonalenia zawodowego.


1 V. Havel, „Gazeta Wyborcza” z dnia 8–9 października 2011 r.

2 S. Grodziski, Komisja Kodyfikacyjna Rzeczypospolitej Polskiej, Czasopismo Prawno-Historyczne 1981, zeszyt 1, s. 54.

3 Przegląd Lekarski 1894, nr 26, s. 381; szerzej zob. J. Gurgul, Z kart historii kryminalistyki. Doc. dr Henryk Kowalski, Problemy Kryminalistyki 1983, nr 183–184, s. 140–148.

4 A. Redzik, Wydział Prawa Uniwersytetu Lwowskiego w latach 1939–1946, Towarzystwo Naukowe KUL, Lublin 2006, s. 268, 316, 317 i passim,

5 S. Grodziski, tamże, s. 72.

6 E. Chróścielewski, Sądowo-lekarska, kryminalistyczna i prawna rekonstrukcja zbrodni katyńskiej, Archiwum Historii Filozofii Medycyny 1990, nr 1–2, s. 16.

7 B. Popielski, J. Kobiela (red.), Medycyna sądowa, Państwowy Zakład Wydawnictw Lekarskich, Warszawa 1972, s. 8.


Prokuratura

i Prawo 2, 2012


База данных защищена авторским правом ©shkola.of.by 2016
звярнуцца да адміністрацыі

    Галоўная старонка